EUROPA-WROCŁAW

12381216_10205928140018756_118428702_oEUROPA-WROCŁAWpiątek, 12 lutego 2016. Wyjechaliśmy z Hiszpanii, gdzie z pobocza żegnały nas olbrzymie czarne byki (makiety). Teraz zamiar jest taki by jechać non stop. Jednak można sobie planować a i tak coś to pokrzyżuje. Dziś zrobiła to pogoda. W nocy tak okropnie lało, że ciężko było prowadzić. No to stanęliśmy, gdzieś we Francji. Trudno w nocy wybierać super miejsca, grymasić itd. Zjechaliśmy z autostrady w bok, aby było bezpiecznie. Sikpostój. A skoro niebezpiecznie było jechać w ulewie, to wszyscy ułożyliśmy się do spania. Ułożyć to mało powiedziane! Trzeba najpierw przypomnieć sobie podróż przez Europę w tamtą stronę. Było przecież zimno, bo to grudzień i zima, więc nie da się spać w namiocie. Siedem osób było w samochodzie, każda chciała wyprostować nogi i plecy. Trzy osoby na pace, jak prosiaczki ciasno upchane, trzy osoby na siedzeniach, w tym tylko jedna w pozycji leżącej i Piotr z przodu w szoferce. Teraz wracamy w takim samym składzie, więc powinnyśmy ułożyć się tak samo. Nic bardziej mylnego. Trzeba dobrej organizacji by umościć się. Powód? Pół Pitona zawalona jest prezentami i pamiątkami. I to nie byle jakimi, bo ogromnymi maskami, rzeźbami, naczyniami do tajina, kapeluszami i skrzyniami drewnianymi. Do tego ogrom drobiazgów i sadzonki krzewów. Aby to pochować w kątach trzeba być mistrzem świata. Więc spaliśmy podczas deszczu, te kilka godzin w nocy, z całym tym majdanem pod nogami, za siedzeniami i czort wie gdzie jeszcze.

Pobudka rano i nawet bez mycia w drogę. Zatrzymamy się gdzieś przy stacji benzynowej. Teraz w Europie to przy nich staramy się mieć postój, bo toaleta jest i woda do mycia. Francję też mijamy w deszczu, jest zielono i nic nie przypomina, że to jeszcze zima. Piotr daje prowadzić chłopakom i teraz zmienia się z Arkiem i Szymonem. Oszczędzamy. Taką podjęliśmy decyzję. A to oznacza, że nie jedziemy autostradami tylko normalnymi krajówkami. Dla mnie to zrozumiałe, i logiczne. Nie jesteśmy samochodem osobowym, więc nawet gdybyśmy mieli jechać autostradą, to czy przy tak dużym załadowaniu i typie auta, możemy gnać 150 km/h? Pewnie, że nie. Więc, jak to w reklamie po co przepłacać. Coś się psuło po drodze, jeszcze we Francji. Staliśmy, a Piotr ustalał, co się dzieje. Coś było z podawaniem oleju, może wskaźnik, może filtr oleju, a może jakiś paproch. W każdym razie ruszyliśmy. Nikt z nas, nawet chłopaki, nie zna się, by coś wywnioskować. Ale niepokój poszedł po aucie. Jak będziemy w Niemczech, to da się na nawigacji obliczyć, o której dojedziemy do Wrocławia. Prawdopodobnie koło obiadu. Żeby tylko nie padało, bo jak wyciągać te nasze skarby z samochodu?

Jest noc. Nie wiem czy jeszcze Francja, czy już Niemcy. Wszyscy śpią, a może mają tylko zamknięte oczy, ale jest ciemno, ciepło, jedziemy, a ja piszę. Nie chce mi się spać. To ostatnia noc, kolejna już w domu. Mamy ponad 20 tysięcy km za sobą. W domu czekają bliscy, przyjaciele i znajomi, są ciekawi naszych opowieści, tęsknią. A my? Różnie. Ci, którzy mają małe dzieci, z całą pewnością tak. Inni niepokoją się co w firmie, w pracy, bo nie było ich tak długo. Ja czuję, że skręca mnie w żołądku na samą myśl o powrocie. Dla mnie powrót do pracy po zwyczajnym urlopie jest niewiadomą. Bo często są duże zmiany, a co mam myśleć po 2 miesiącach. Denerwuję się, gdy z kraju, oczywiście w swojej wielkiej serdeczności i z troski o mnie, przychodzą SMS, że to już tylko parę dni, albo kilka godzin i będziesz w domu. Ściska mnie w żołądku. To mi skraca urlop. Nie chcę, by ta przygoda kończyła się. Więc staram się nie myśleć o powrocie, pracy itd. Cieszyć się jeszcze teraz każdą chwilą. Przedłużać ile się da. Mam zdjęcia, mam kontakty w necie na fejsie do osób, z którymi spotkałam się po drodze, którzy nie przeszli bez echa, zostawili we mnie wrażenia. Na małym skrawku tej długiej drogi, połączyło nas coś wspólnego. To nas łączy i przy kontaktach pomoże przywołać obrazy o Afryce.

Gnamy ile się da, no ile daje radę Piton, obładowany po sufit. Cały czas leje i na sikpostojach jest mi zimno. Jadę już w ciepłych trekkingowych butach i zakładam kurtkę, gdy wychodzę z auta. Ale na przykład Edzia jedzie w sandałkach. Nie pamiętam, czy o tym wspominałam, że w pierwszej połowie straciła jeden but. Lewy, czy prawy, to oczywiście nie ma znaczenia. Gdzieś w Mauretanii, albo Saharze. Jeszcze dobrze nie zorganizowaliśmy się w aucie i różne nasze rzeczy leżały w różnych miejscach. Na siedzeniach, półkach, pod fotelami albo w przejściu. But Edzi pewnie, leżąc sobie na podłodze w przejściu odłączył się od drugiego ze swojej pary i na jakimś chwilowym postoju, po ciemku został co by nie powiedzieć brutalnie wykopany z auta! Z całą pewnością!!! W związku z rozpaczą kochanej Edzi, szukaliśmy wszyscy i wszędzie i niestety nic. But był nie pierwszej młodości, ale za to sprawdzony w nie jednej trudnej chwili, nie uciskał, nie obcierał, jak partner w starym małżeństwie. Szkoda wielka, bo stało się to bardziej na początku wyprawy, niż pod koniec. A przed nami były w planie góry i inne trudy.

Więc dziewczyna wraca do Polski w sandałach (ha, ha, ale nie boso!). Szczerze? Nikt z przypadkowo mijanych ludzi nie zwraca na to uwagi. Tylko żeby jej zimno nie było. We Wrocławiu będzie miała już opiekę i wróci bezpiecznie i w cieple do domu.

Jedziemy. Jeszcze kiedy zmrok nie zapadł, mogłam podziwiać prowincję Francji. Oszczędność ma wiele plusów. Wybraliśmy lokalne drogi zamiast autostrad i to odpłaciło się widokami. Mijam piękne zagrody z kamiennymi oborami. Gdzieniegdzie widać, że czas nadszarpnął ich dawną schludność. Ale to jest urocze i nawet mogłabym powiedzieć trochę romantyczne. Mijam też małe kościółki, a może kapliczki wiejskie, często do budowy których używało się kamieni. Małe knajpki, bary i oberże. Z pewnością słynące w okolicy z prostych potraw z lokalnych produktów. Podróż samochodem ma taki plus, że można wszędzie dostać się. Zresztą nikt w to nie będzie wątpić, po przebytych drogach przez piaski pustyni.

Niemcy to dla mnie już blisko domu. Po tylu kilometrach to czuję, że to koniec wyprawy. Już trudno skupić mi się na tym co za oknem. Bo co może teraz zachwycić, poruszyć lub pobudzić emocje? Mało jest teraz takich obrazów, mało przeżyć. Niemcy schludne i czyste i daleko od Afryki. Dosłownie i w przenośni. Bo ponad 20000 km i inny poziom życia. Tu wszystko poukładane, chciałoby się powiedzieć, zaplanowane. A to co zostawiłam barwne, ale zakurzone i nieprzewidywalne.

Część z nas marzy o Polsce, a przejawia się to tym, że coś polskiego zjedliby. Dwa miesiące jesteśmy na prowizorycznym jedzeniu czyli ryżu lub makaronie z wykombinowanym sosem lub ulicznym. Nie narzekam. I ja jakoś nie tęsknię za schabowym z młodą kapustą. Nie myślę o tym. Nie śnię po nocach. Afryka nie jest kulinarna, a ten kto oczekuje uczty smakowej, rozczaruje się. Trudno przemierzać ten kontynent, kierując się specjałami regionalnej kuchni. Uliczne jedzenie, to bardzo proste jedzenie. Często smaczne, ale bez dużego wyboru. W wielkich plastikowych lub metalowych miskach sprzedaje się ryż, a obok sos orzechowy albo mięsny. Ale mięsa w nim jak na lekarstwo. Innych dodatków do ryżu nie ma. Ani kasz, ani surówek, ani innych warzyw pod żadną postacią. Według mnie powodem nie jest brak wyobraźni w odczuwaniu smaków. Rolnicy nie potrafią przechowywać nadwyżek upraw, więc w wielu miejscach napotkałam brak warzyw i małą ilośc owoców. Poza tym, Afryka to susza i bieda. Uprawy są tam, gdzie woda. Więc najczęściej małe poletka wielkości chusteczki, widać na rozlewiskach rzek. Tam wilgoć jest wystarczająca, by urosła sałata, cukinia, cebula i żałosnej wielkości pomidory. Jest ich tak mało, że nawet nie sprzedaje się na kilogramy. Pomidory układa się w stosiki po 5 sztuk. Inne warzywa podobnie.

Kiedy przekroczyliśmy granicę z Polską, chłopaki nie omieszkali skorzystać z okazji i w jednym z pierwszych barów zamówili flaki, kiełbaskę pieczoną, dziewczyny pierogi, ja hot doga. Ha, nawet Ci, którzy mieszkają w oddalonym zaledwie o 1,5 godziny Wrocławiu, nie zdołali okiełznać apetytów i ulegli pokusie. Nie wytrzymali do domowego śniadania. Ten posiłek był absolutnie spontaniczny! Zjadamy i ruszamy dalej. Raczej w refleksyjnych nastrojach, pełni wrażeń i przemyśleń. We Wrocławiu rozpakowujemy naszego Pitona, wyszukujemy powciskane w zakamarki nasze rzeczy. Przez tyle tygodni zmuszeni koniecznością zagospodarowywania każdej wolnej przestrzeni, nauczyliśmy się utykać je perfekcyjnie. Teraz trochę czasu zajmuje odszukanie ich, ba następnie zapakowanie ponownie do głównego bagażu. Maski, kufry, instrumenty muzyczne, lalki, wielkie krokodyle-gry, stołeczki, stosy biżuterii, owoce baobabu, kokosy i mój olbrzymi kapelusz zmienią teraz miejsce i zajmą wyeksponowane w naszych domach. Będą przypominać o przeżytej wspólnie przygodzie. Dla mnie o podróży życia, bo wymarzonej.

Żegnamy się. Ściskamy. Każdy biegnie do swoich bliskich. Stęskniony, by podzielić się przeżyciami. Ja też.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s