TERJIT, auberge Mauretania

TERJIT, auberge Mauretania. 12736768_10205733374509740_92683466_o12751722_10205733404470489_53540674_o12751952_10205733383269959_1463330303_o12751994_10205733447911575_28899507_o12752138_10205733375229758_1834177635_o12755430_10205733381309910_2089489662_o12699076_10205733406710545_763616161_o12699181_10205733387790072_589880056_o12722312_10205733376669794_632739914_o12736975_10205733407230558_1366478734_o12528599_10205733396030278_973263477_o. Czy istnieje raj w Afryce? Otóż tak. Po drodze między Nawakszut a Atarem, w małej zagubionej wiosce w górach. Nie wiem kto wpadł na pomysł by tam dotrzeć. W każdym razie powinien dostać medal. Dla mnie jest mistrzem świata. Oczywiście wjeżdżając zakopaliśmy się i nawet powiedziałam na głos, że może nie warto stresować się i piąć się w górę pod oberżę i potok, ale przyznaję, że gdybyśmy nie zaparli się kopytami , to byłaby to wielka strata. Moim oczom ukazała się cudowna wioseczkach, z domostwami zbudowanymi z równiutko ułożonych kamieni. Dachy kryte liśćmi palmowymi lub jakąś tkaniną, której nie udało mi się rozpoznać. Prawie wszystkie okrągłe. Wszędzie czyściutko. Schludnie. Dojechać pomagali nam mężczyźni z wioski. Niezwykle uczynni. Uśmiechnięci. Wiem, że zależało im na zarobku, ale i tak nie zmienię zdania o ich serdeczności. Dotarliśmy pod same ściany skalne, w bajeczny, palmowy ogród. W asyście dzieci, głównie dziewczynek. Małych dam, bo nie pytały nas o cukierki tylko balsam do ciała, szampon i pomadki jako podarunki. Rozbawiło mnie to. Jak zwykle za jedyne 1500 ugiji mogliśmy spać pod własnymi namiotami lub w tych cudnych domkach, na wygodnych materacach, rozłożonych na mauretańskich dywanach. Ja domek tylko. Nie było moskitów, bo i wysoko i wiatr silny. Prysznic czysty, wyłożony kaflami, toaleta z kolei białymi, umywalka na zewnątrz ozdobiona palmową szafką i prawdziwym lustrem. Obłędnie. Podobało mi się to staranie o komfort w takich trudnych i skromnych warunkach. Dbałość o szczegóły, o zadowolenie podróżnych. I nie oszukujmy się powiedzieć, bardzo nielicznych. Bo zastanawiałam sie, kto jest w stanie dotrzeć do tej oberży bez samochodu. Mało jest takich zapaleńców. Przed zachodem słońca udało nam się jeszcze zobaczyć drogę do potoku i źródła. Szliśmy za bossem ścieżką między palmami. Oczarowani. Co prawda urodził się pomysł spania nad potokiem, w wielkich namiotach gospodarzy, bo któż by nie chciał, ale nie zgodzili się. Być może nie zdążyliby przygotować posłań. Nie wiem. Szkoda, ale trudno. Rano czekało nas wiele wrażeń. Śniadanie i wyprawa w góry dla chcących, a dla pozostałych normalny odpoczynek w oazie. Dawid wyszedł wcześnie nawet bez śniadania. Ja urwałem się zaraz po nim. Poszłam przez oazę, następnie wyschniętym korytem potoku, wysoko w góry. Pomyślałam, że dobrze zrobi mi taka samotność. Nie zamierzałam iść bardzo daleko, ale widok przede mną kusił. Więc szlam zatopiona w myślach. Potem ta droga stała się wyzwaniem i intencją, którą chciałam zanieść wysoko. Wyzwanie to to, co często nie pozwala mi odpuścić. Nie daje wycofać się. Choć miałam chwile, że pomyślałam, że może wystarczy tej wspinaczki, że już prawie jestem? Bo kiedy wydawało mi się, że za tym grzbietem napewno zobaczę dolinę, pojawiła mi się ściana. Mogłam odpuścić, ale to nie byłoby uczciwe w stosunku do samej siebie. Nikt by nie wiedział, ale ja tak. Nie jestem górskim piechurem, ale wyzwania lubię. I własne cele. Schodzić było trudniej, bo w garści trzymałam iPada i podpierać mogłam się tylko jedną ręką. Wiele pięknych widoków zachowałam w pamięci i zbiorach zdjęć. I w duszy ogromną satysfakcję. W wiosce wzięłam szybki zimny prysznic. Wodę ciągnie się do oberży prosto z gór, z potoku. Czyściutka. A potem obejrzałam co gospodarze oferowali z własnych wyrobów. Na matach leżały naszyjniki, breloczki, bransoletki, szkatułki wykonane z rogów kozic górskich, których obecność zauważyłam w górach, inkrustowanych mosiądzem lub srebrem. Były też sakiewki na tytoń, drewniane miecze mauretańskie, których wizerunek jest na banknotach i kamienie. Trudno było się z nimi dogadać, bo mówią tylko po francusku, ale po długich próbach wydaje mi się, że mogły to być kawałki meteorytów lub ciekawych łupków skalnych. Mało mieliśmy pieniędzy, więc ostrożnie wybieraliśmy. Zastosowałam też handel wymienny i udało mi się zdobyć ciekawe przedmioty. Jestem już zmęczona rozdawaniem darów, zgarnęłam wszystko co miałam i zaniosłam młodemu gospodarzowi. Dałam przy tym znać gestem, że to nie „change” tylko prezent.. Wyściskaliśmy się na wszystkie strony. Polubiłam go od samego początku. Zawsze uśmiechnięty młody chłopak. Nie dał za wygraną i nalegał, bym przyjęła od niego garść pięknych skał. To dobrze, będę miałam co wspominać ilekroć na nie spojrzę. Wyjeżdżając w południe z oberży, dziwnie zaskoczył mnie brak ludzi w wiosce. Nie było dzieci, ale to akurat łatwo wytłumaczyć, mogły być w szkole, mężczyzn, no może w Atarze pilnują swoich interesów. Ale nieobecność kobiet jak wytłumaczyć? Żadna nie krzątała się przed chatą? Żadna nie szykowała strawy dla rodziny? Wszędzie było pusto. Pewnie to proza życia, jakaś ustalona codzienność i zwyczajność w tym miejscu. Jakaś mała tajemnica.

Mogłabym tu wrócić ponownie. To kolejne miejsce, w którym zostawiłam kawałek serca. Kto wie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s