PRZEZ SAHARĘ. 

PRZEZ SAHARĘ 12597097_10205733461151906_246876095_o12736870_10205733455791772_742091349_o12754948_10205733287267559_170275800_o12755240_10205733457391812_1958324055_o12597095_10205733462351936_1289077248_o12751799_10205733463511965_695008097_o10682619_10205733465552016_194525901_o12675136_10205733470952151_1132204678_o12754966_10205733466952051_1148570671_o

Jeszcze tydzień. Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę zastanawiać się co potem. Mam nadzieję, że to co kotłuje mi się po głowie, ułoży się w nowe marzenia i w nowy plan. Może na nowo pobudzi te pragnienia, które w uśpieniu czekają.

Obudził mnie ocean, ten w Saharze Zachodniej. Tu noce są rześkie i chłodne. Śpi się dobrze pod warunkiem, że człowiek opatulony jest ciepłym śpiworem. Ja mam dwa średnie i to w moim przypadku sprawdza się. Rano przyjemność sprawił mi krótki spacer brzegiem. Po tylu tygodniach, nie jest dla mnie zaskoczeniem, że plaże, czy wybrzeże są puste, bezludne. Nikt nie spaceruje, bo stąd daleko do najbliższych osad, a gdyby nawet jakieś domostwa były w pobliżu, to i tak nie lokalnym przyszłoby do głowy przechadzać się. Jestem tego pewna. Więc jeśli ktoś marzy o bezludnych plażach, niech przyjeżdża tu nad ocean. Na żwirowym piasku pełno skarbów wyrzuconych przez wodę. Nie wielkie, spektakularne okazy, bo takie wyławia się z głębi lecz drobne muszelki (dla nas jednak duże), skorupki po jeżozwierzach i krabach,kawałki skał o strukturze sera szwajcarskiego z licznymi dziurami. Ciekawie układa się tu piasek. Miejscami wygląda, jakby wierzchnia jego warstwa nagle się skurczyła, nie wytrzymała naprężenia i pękła z hukiem, zwijając się w tutki. Leżą więc sobie takie ruloniki i budzą moją ciekawość. A może duże skoki temperatury kryją się za tym zjawiskiem? Poszukam po powrocie w necie. I o płazach pustyni i krzewach. Lubię wiedzieć. Tu w piasku zdołały się zakorzenić również sukulenty. Malutkie, zielone czasem czerwone, z dużą ilością soku. Na przetrwanie w tych bezwzględnych warunkach.

Pisałam już o licznych kontrolach na drodze. To dla bezpieczeństwa, choć upierdliwe. Ale tu na takim odludziu??? Rano pojawił się z oddali żandarm z prośbą o fiszki. Budzimy ciekawość. Jeden nasz samochód i jego namiot w oddali. I nic dookoła. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Słońce pomału wstaje i zajmuje swoją pozycję na niebie. A my jedziemy wybrzeżem w kierunku stolicy. Tam coś zjemy, tajin i chcemy opuścić Saharę. Za sobą mamy prawie 600 km. Na pociechę dodam, że dobrą drogą. Dotarliśmy do LAAYOUNE tuż przed zmrokiem, także w ostatniej chwili udało nam się zjeść tajin. Z kurczakiem, ziemniakami, papryką i fajnymi przyprawami. Arabowie przygotowują wszystko w ceramicznym naczyniu, układając warstwami, produkty, często tak jak podpowiada kucharzowi wyobraźnia, a następnie ustawiają na palenisku z węgla drzewnego. Wszystko, jako danie jednogarnkowe, dusi się we własnym sosie dość długo. W trakcie, smaki i aromaty się mieszają, by na końcu zaskoczyć swym pysznym i wyśmienitym zapachem. Chłopaki pobiegli na pizzę i ciastka. I taka kolacja ich uszczęśliwiła, No widać to było po uśmiechach. Zebraliśmy się ponownie w aucie, trzeba znaleźć camping z ciepłą wodą. Każdy już tego potrzebuje. Noce teraz są chłodne i prysznic przy samochodzie, na dziko mało, że nie sprawia przyjemności, to raczej zaczyna być ekstremalnym doznaniem. 10-15 C w nocy i zimny prysznic to kiepski pomysł. Ale jeśli nie znajdziemy campingu, to nie będzie rady.

Jesteśmy zmęczeni takimi długimi odcinkami do pokonania i podczas jazdy nie gadamy ze sobą, każdy zajmuje się tym czym lubi, czytaniem, słuchaniem muzyki lub śpi. Nawet już widoki za oknem nie oczarowują nas tak jak w pierwszej połowie wyprawy. Coraz mniej jest ochów. Nie chcę mówić, że nudno jest. Absolutnie nie. Tylko w drodze powrotnej wyłapujemy atrakcje. Dużo już wiemy i dużo widzieliśmy i dużo przeżyliśmy. Wspólnie i osobno.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Ale Saharę Zach oglądam z dużym zaciekawieniem. Powód jest prosty, w pierwszej połowie, kraj przejechaliśmy nocą. To był jeden z dwóch przypadków, kiedy jechaliśmy nocą i to w dodatku tak długo. Piotr wzbraniał się przed tym, bo w Afryce niebezpieczne dla kierowcy są nie miasta, ale pustkowia i bezdroża, bo dużo kręci się zwierząt kóz, owiec i wielbłądów. Jedziemy piękną drogą, cały czas wzdłuż oceanu. Czasem tak blisko, że na kilkanaście metrów zbliżamy się do klifu. Fale walą w skały bez umiaru. Pewnie za jakiś czas ta droga zniknie, porwana przez zaborczy ocean, ale na razie daje on jeszcze podziwiać się. Gdzieniegdzie pojawiają się małe, skulone sylwetki. To wędkarze w skupieniu oczekują na zdobycz. Niektórzy mają do dyspozycji szałasy albo namioty, inni wprost ze skał. Jest coś przyjemnego w tym obrazie. Chyba ukojenie. Mijamy miejsca, gdzie woda wdarła się bardzo daleko i utworzyła małe jeziora. Na nich spotykamy flamingi. Przechadzają się w te i z powrotem by wyszukiwać ryby. Podobno ich kolor, różowy zależy od pożywienia. O intensywności barwy decyduje ilość zjadanych robaków, które swoim składem wpływają na rodzaj karmy a dalej czy ptaki są białe czy przybierają intensywny kolor różowy. Tak dzieje się w Ameryce Południowej, więc kto wie, może tu jest podobnie. Wielką przyjemność sprawiło mi spotkanie z parą psiaków. Zatrzymaliśmy się na śniadanie przy jednej z zatoczek. Nad nami górował klif. Zeszłam nieco niżej, by z bliska przyjrzeć się wspomnianym wcześniej flamingo,, może nawet zrobić zdjęcie. Fajny zakątek. Nacieszyłam oczy i wracałam do Pitona. Mam oko do zwierząt, więc z oddali spostrzegłam sylwetkę siedzącego wysoko na klifie psa. Spoglądał z zaciekawieniem w dół. Zagwizdałam. Zastrzygł uszami, ale nie od razy zbiegł. Ostrożność kazała mu zachować czujność. Przez chwilę to trwało. Wkrótce za autem usłyszałam nieśmiałe lub lekko wystraszone szczekanie. To sunia ośmielona ciekawością lub zapachem naszego śniadania, zeszła jako pierwsza na dół. Taką odwagę należy nagrodzić. Wzięłam resztki chleba i konserwę, przycupnęłam i spokojnie zachęcałem „piaskową” do odwagi. Delikatnie, z wielką rezerwą wsadziła najpierw nos do puszki, potem sięgnęła po kęs chleba. Nie cofałam ręki, nie robiłam gwałtownych ruchów i to ją uspakajało. Podkulony ogon wskazywał, że do pełnej przyjaźni potrzeba by nam było więcej czasu. Zaciekawiony tata-pies zbiegł na dół a za nim trójka podrośniętych maluchów. To ten, niczym wilk z „Tańczącego z wilkami”, który obserwował z góry całe zajście. Pogodne psisko. Rzuciłam mu tylko to co mi zostało, mały kawałek chleba. Szczeniaków nie puścił przed siebie. Wrócił na górę, na dole została tylko „piaskowa”. Odjeżdżaliśmy, dostałam na pożegnanie, a może i podziękowanie machnięcie ręką od strażników wojskowych, którzy prawdopodobnie mają psisko pod opieką. Tęsknię za moimi dziewczynami. Afryka środków to psy, których dużo, wszystkie tej samej urody, jakby jednej rasy, choć nie rasy. Pokorne, żyjące przy ludziach, nie z ludźmi. Celowo tak ujęłam, bo nikt się nimi nie przejmuje. Afryka Północna to koty, które mogą włóczyć się gdzie im się żywnie podoba. Piękne, wielobarwne. Z zaufaniem do ludzI.

Granicę z Marocco przekroczyliśmy niepostrzeżenie. Dalej drogą częściowo nad oceanem, a częściowo wijące się malowniczo wśród gór jedziemy w stronę Agadiru.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s