OSTATNIE GODZINY, Tanger, Mar

OSTATNIE GODZINY, Tanger Maroko 12699087_10205733545754021_1007795291_o12736656_10205733515273259_87424895_o12755333_10205733547394062_2027898587_o12476931_10205733547994077_1267542081_o12736866_10205733549274109_1996691088_o

Obudziła nas tęcza. Usadowiła się na niebie w całej swej okazałości. Dziś spaliśmy do oporu, bez zrywania i gonitwy. Komórki nie dzwoniły. Nie jest już tak przyjemnie, bo na północy kontynentu temperatura jest zdecydowanie niższa. 10 C, No może kilkanaście. Grzejemy tradycyjnie wodę na herbatę i kawę i podgrzewam odrobinę zupy jarzynowej z wczoraj. Ktoś chętnie zje, bo chce się ciepłego. Zimno mi. Pozostałym też. Poza tym robi się mgliście i pochmurno. Może to jest ten jeden z nielicznych pochmurnych dni w Maroku. Ale dlaczego akurat dziś? Na nasze ostatnie godziny w Afryce?! Mnie jest przykro. Po śniadaniu, niechętnie robię przegląd ciuchów w podręcznym plecaku. Wymienię te letnie na cieplejsze. Kostium kąpielowy, koszulki na ramiączka, krótkie spodnie i cieniutkie bluzeczki wędrują do głównego bagażu, wyjmuję długie spodnie i skarpetki. Chowam adidasy, a wyciągam trapery za kostkę. Będzie w Europie zimno. Ale nie mogę powstrzymać się i zostawiam cienką sukienkę na ramiączka. Trudno mi się rozstać z Afryką. Słońcem, którego dziś złośliwie zabrakło, ciepłem. Jedziemy do Tangeru i mamy kilka godzin do przodu, więc chcemy zwiedzić miasto i wydać ostatnie pieniądze. W pierwszej połowie nie było na to czasu.

A teraz doszła polska mżawka. Teraz czuję się jak w Europie, a nie chcę. TANGER przywitał nas zimnem. Trudno jeśli taka wola to ostatnie godziny spędzimy w deszczu i nieprzyjemnej pogodzie. Ostatnie Dh postanawiam wydać na owoce, oliwki i coś zjeść. Market składa się z małych uliczek, jak w innych marokańskich miastach, więc nie mam już kłopotu z opanowaniem topografii. Teraz to sezon na cytrusy, wszędzie pełno pomarańczowych pomarańczy i słodkich mandarynek. Te są najtańsze, 3Dh czyli około pół Euro. Przed nami jeszcze cała Europa, więc kupuję bo z przyjemnością zjem. Oliwki w najróżniejszych odmianach, zielone, czarne i różowe, a do tego doprawiane czosnkiem, pastą paprykową, cebulką, zieloną pietruszką i kolendrą. Kupuję trochę i cytryny kiszone na spróbowanie. Może dojadą do Polski? Ciekawie wyglądają też serki białe, polecane jak okrągłe białe torty, w koronie z zielonych liści palmowych. Arcydzieła malarskie. Kręcę się uliczkami i wyobrażam wakacje w tych zakamarkach. Był pomysł, by tuż przed promem wejść jeszcze do sauny i łaźni. Rozgrzałabym się, ale czy nie szkoda czasu, tych ostatnich godzin, które można poświęcić na rozglądanie się po mieście? Ach nie tym razem. Trafiam z dziewczynami w ukryty głęboko zakątek, gdzie lokalni jedzą smażone sardynki. Kupujemy z Edzią duży talerz na spółkę, do tego pyszny kukurydziany chleb i to jest prawdziwa uczta. Prosta i świeża. Sprzedawca szykuje nam miejsce, a my mościmy się na zapleczu kuchni. Góra małych rybek smażonych na oliwie przypomina mi te łapane przez ojca w jeziorze. Chrupiące i gorące, które jadałam w całości tak jak te dziś. Pod stołem kot czeka na ucztę.

Czas jechać do portu, ustawić się w kolejce do promu. Bilety już mamy. Udało nam się kupić po drodze do Tangeru, robiąc postój przy stacji benzynowej. Tu nikogo nie dziwi, że pośrednicy i naganiacze wyszukują klientów dużo wcześniej niż w porcie. Można skorzystać lub nie, ale może być taniej. Nam się udało. Dwie i pół godziny przez morze, w tym godzina przesunięcia w czasie i jesteśmy w Europie. Czyli tak naprawdę półtorej godziny dzieli nas od afrykańskiej przygody. Tak niewiele. Choć mając Afrykę za sobą chcę powiedzieć, że północna jej część czyli Maroko, Tunezja i Egipt to dla mnie nie Afryka, raczej Europa, cudowne miejsca wakacyjne.

Na promie wykorzystujemy czas na odpoczynek i ogarnięcie się. Ja korzystam z toalety i w cieplej wodzie myję się z grubsza. Wielka przyjemność i oczywiście praktyczność, bo na kontynencie nie nocujemy stacjonarnie ani w hotelu ani campingu ani na buszpostoju. Nie ma zmiłuj, tylko przed siebie. Po dobiciu do brzegu chce mi się bardzo cieplej herbaty, takiej z cytryną, nie wody. Gotujemy, jemy jakieś kanapki z marokańskiego chleba, ja odłożonego wcześniej naleśnika z figowym dżemem i truskawkami. Edzia identycznie. Takie luksusy można sobie zorganizować nawet podczas jazdy. A co tam, coś dla ciała i dla duszy. Za wiele czasu nie mamy, bo jedziemy zobaczyć Alhambrę. Noc na parkingu w Granadzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s