POŻEGNANIE Z AFRYKĄ

12873565_10205928197980205_1958600334_o12873566_10205928191420041_595994384_o12874200_10205928197420191_1293955309_o12422172_10205928197260187_1438667388_oPOŻEGNANIE Z AFRYKĄAfryka jest kontynentem chłopskim, około 80% ludności żyje na wsi, trudniąc się rolnictwem albo hodowlą. To bardzo słaby system, określany jako rolnictwo ekstensywne. Chłop wypala kawałek buszu, nawet go nie karczuje i nie czyści korzeni, tylko sadzi bezpośrednio na tym pogorzelisku maniok (yam) albo kukurydzę. Po 3-4 latach, ta ziemia wyeksploatowana do granic możliwości. bez używania żadnych nawozów, źle spulchniana, bez stosowania płodozmianu, jałowieje i przestaje rodzić. Więc co robi afrykański chłop? Opuszcza to poletko i musi wypalić nowy kawałek buszu. Tyle razy widziałam w nocy palącą się sawannę i ogień w buszu. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu również w Parku Pendjari w Beninie. Takie rolnictwo to najbardziej zacofany i najmniej wydajny sposób uprawy ziemi. Niestety najczęściej spotykany. Ma demoralizujący wpływ na chłopa, ponieważ nie jest mobilizowany do wymyślania i stosowania jakichkolwiek udoskonaleń, bo taka uprawa wystarcza mu na minimum egzystencji. Inną przeszkodą w rozwoju rolnictwa jest zachowany podział na plemiona rolnicze, uprawiające ziemię i hodowlane. Pasterze nie uprawiają ziemi, bo uważają to zajęcie za godne pogardy, rolnicy gardzą cuchnącymi nawozem pasterzami. Nie stosowanie nawozów bydlęcych w rolnictwie, a w hodowli zapasów paszy w okresie suszy jest błędem. Brak współpracy między tymi dwoma grupami powoduje, że rolnictwo jest żałosne i zdolne zapewnić jedynie głodowe minimum. Zdarza się, że w niektórych regionach Afryki zakłada się duże plantacje i uprawia bawełnę, kawę, kakao czy orzeszki ziemne, ale nie dzieje się to na szeroką skalę, więc chłopi nie potrafią produkować nadwyżek na rynek. Wieś żyje swoim apatycznym i leniwym życiem.

Miasta afrykańskie stanowią mniejszą ilość niż europejskie. Zazwyczaj powstały po wojnie, są więc młodsze. Ich rozwój nastąpił w odróżnieniu od Europy, w której były następstwem rozwoju przemysłu, jako skupiska administracji i władzy. W dużych np stolicach, centrum miasta to banki, urzędy publiczne, market, sklepy. Często eleganckie. W małych meczet i targ. I wszędobylski piach, pył i brud. Nie ma chodników, a ruch uliczny starych, zdezelowanych aut i pyrkających motorków, powoduje taki smog, że drapie w gardle. Mieszanka kultur, religii, tradycji i zwyczajów miesza się jak w kotle. Murzyni i Arabowie, animiści, islamiści i katolicy, wszyscy w jednym miejscu. To główny podział. Z całą pewnością jest bardziej skomplikowany niż udaje mi się to zauważyć podczas tej podróży.

Jest jeszcze jedna sprawa, z którą się zetknęłam. Jeśli miałam możliwość zobaczyć jakieś chaty plemienne, pałace, wioskę, w której obrzędy są na granicy zapomnienia, miałam wrażenie, że Afrykańczycy nie zdają sobie sprawy z ich wartości w dzisiejszym cywilizowanym świecie. Żyją w tych obyczajach, stosują na codzień, ale nie dbają o ich przetrwanie. Nie zależy im. W Rabacie, stolicy Maroko, turyści mogli chodzić po zabytkowych murach i nikt nie zabraniał tego. Nie zawracał sobie głowy, że pękają, że kruszą sie mury. W XIII w Chinguetti (Szinkit), w Mauretanii sama potrąciłam mur, z którego potoczyło się kilka glinianych cegieł. Przyznaję nieświadomie. Mieszkańcy nie odbierali swojego miasta jako starego i zabytkowego i bardzo cennego. Zwyczajnie to miejsce ich zamieszkania. I tyle. W Europie nie do pomyślenia. Nie chcę wygłaszać jakiś ogólnych tez, bo nie jestem znawcą gospodarki, ani nie mam wiedzy socjologicznej. To tylko moje spostrzeżenia i wrażenia. Biały człowiek kojarzy się z przywożeniem pomocy i łatwym dawaniem „kadu” czyli podarunków. Wyciągają ręce dzieci i dorośli. Oczywiście najubożsi. Ale daje się też zauważyć jeśli nie serdeczność, to z pewnością otwartość. Po chwili onieśmielenia pojawia się zaciekawienie. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć spór, czy dawać i w ten sposób pomagać Afryce czy pozostawić ją taką jaka jest, z powolnym rozwojem, nie śpieszącymi się zmianami, by świat rozwinięty mógł tu wpadać i cieszyć się nienaruszoną kulturą. Ja niejednokrotnie wzruszyłam się ofiarowując używaną odzież, buty czy zabawki.

Mnie bliska sercu jest afrykańska przyroda, zwierzęta i rośliny. I najbardziej bym chciała, by ocalić jej jak najwięcej, choćby tworząc parki narodowe. Nawet jeśli to jedyny sposób. Ale nie farmy krokodyli, którą miałam okazję zobaczyć. To dla mnie żałosne i mocno przygnębiające. Ja wolę odwrócić założenia. Niech zwierzęta w parkach żyją luzem, na swobodzie, a ludzie podglądają ich życie z zamkniętych samochodów. Wtedy będą mogli dotknąć dzikiej Afryki. Czasem są sytuacje, w których można przypomnieć, gdzie jest miejsce człowieka w szeregu. Dla ogólnej korzyści. Ja jeszcze życzyłabym sobie, by Afrykańczycy odkryli, jak wielkim potencjałem dysponują mając na sawannach i w buszu jeszcze liczną dziką przyrodę. Szanowali ją i doceniali. Jako to co najcenniejsze. Zarabiali na niej, pokazując w mądry sposób.

Podczas tej wyprawy były różne chwile, wspaniałe i ciężkie, wzruszające i złoszczące, pełne napięcia i zaskakujące, zabawne i przygnębiające, zachęcające do próbowania i skłaniające do refleksji. Żadnej z tych chwil nie żałuję, ani jednej godziny nie zamieniłabym, ani jednej minuty i sekundy nie wykreśliłabym z tej podróży. Wszystkie one składały się w jedną całość i stanowiły przygodę.

Dziękuję Bogu za czuwanie nade mną w tej podróży. I gwiazdom, które nas prowadziły przez pustynie. I Piotrowi, który dowiózł mnie do domu. I marzeniom, które mnie tam zagnały, tak daleko na koniec świata. Jeśli mam jakiś niedosyt tego co zobaczyłam i wrażeń, które przeżyłam, to cieszę się. Niech z tego zrodzą się pragnienia i staną się motorem do kolejnych podróży. Niech uwolnią skrywane marzenia.

POKONALIŚMY 22 000 km, średnia prędkość 35 km/ h, 7 tygodni

CENY

1000 DIH – 1 Euro, drobne pamiątki kosztują 5000-10 000 DIH, mandarynki 500 DIH, oliwki 2000 DIH

6000 CFA – 30 PLN, nocleg na kempingu w namiocie 2000-3000 CFA, hotel – 4000-6000 CFA, piwo w butelce 600-700 CFA, bagietki około 100 CFA za szt. My kupowaliśmy 10 sztuk, ananas 150-200 CFA, maski w Bamako – 30000-……..80000 CFA ale trzeba zbić do 1/3 ceny, paliwo – około 1 Euro, w Saharze Zachodniej najtaniej około 1/2 Euro, miska ryżu z sosem na północy Mali – 1000 CFA, dalej w Burkina Faso, Togo, Beninie – 250 CFA, ryż z kozą – 1000 CFA, banany pieczone, małe racuszki – 250-300 CFA

EUROPA-WROCŁAW

12381216_10205928140018756_118428702_oEUROPA-WROCŁAWpiątek, 12 lutego 2016. Wyjechaliśmy z Hiszpanii, gdzie z pobocza żegnały nas olbrzymie czarne byki (makiety). Teraz zamiar jest taki by jechać non stop. Jednak można sobie planować a i tak coś to pokrzyżuje. Dziś zrobiła to pogoda. W nocy tak okropnie lało, że ciężko było prowadzić. No to stanęliśmy, gdzieś we Francji. Trudno w nocy wybierać super miejsca, grymasić itd. Zjechaliśmy z autostrady w bok, aby było bezpiecznie. Sikpostój. A skoro niebezpiecznie było jechać w ulewie, to wszyscy ułożyliśmy się do spania. Ułożyć to mało powiedziane! Trzeba najpierw przypomnieć sobie podróż przez Europę w tamtą stronę. Było przecież zimno, bo to grudzień i zima, więc nie da się spać w namiocie. Siedem osób było w samochodzie, każda chciała wyprostować nogi i plecy. Trzy osoby na pace, jak prosiaczki ciasno upchane, trzy osoby na siedzeniach, w tym tylko jedna w pozycji leżącej i Piotr z przodu w szoferce. Teraz wracamy w takim samym składzie, więc powinnyśmy ułożyć się tak samo. Nic bardziej mylnego. Trzeba dobrej organizacji by umościć się. Powód? Pół Pitona zawalona jest prezentami i pamiątkami. I to nie byle jakimi, bo ogromnymi maskami, rzeźbami, naczyniami do tajina, kapeluszami i skrzyniami drewnianymi. Do tego ogrom drobiazgów i sadzonki krzewów. Aby to pochować w kątach trzeba być mistrzem świata. Więc spaliśmy podczas deszczu, te kilka godzin w nocy, z całym tym majdanem pod nogami, za siedzeniami i czort wie gdzie jeszcze.

Pobudka rano i nawet bez mycia w drogę. Zatrzymamy się gdzieś przy stacji benzynowej. Teraz w Europie to przy nich staramy się mieć postój, bo toaleta jest i woda do mycia. Francję też mijamy w deszczu, jest zielono i nic nie przypomina, że to jeszcze zima. Piotr daje prowadzić chłopakom i teraz zmienia się z Arkiem i Szymonem. Oszczędzamy. Taką podjęliśmy decyzję. A to oznacza, że nie jedziemy autostradami tylko normalnymi krajówkami. Dla mnie to zrozumiałe, i logiczne. Nie jesteśmy samochodem osobowym, więc nawet gdybyśmy mieli jechać autostradą, to czy przy tak dużym załadowaniu i typie auta, możemy gnać 150 km/h? Pewnie, że nie. Więc, jak to w reklamie po co przepłacać. Coś się psuło po drodze, jeszcze we Francji. Staliśmy, a Piotr ustalał, co się dzieje. Coś było z podawaniem oleju, może wskaźnik, może filtr oleju, a może jakiś paproch. W każdym razie ruszyliśmy. Nikt z nas, nawet chłopaki, nie zna się, by coś wywnioskować. Ale niepokój poszedł po aucie. Jak będziemy w Niemczech, to da się na nawigacji obliczyć, o której dojedziemy do Wrocławia. Prawdopodobnie koło obiadu. Żeby tylko nie padało, bo jak wyciągać te nasze skarby z samochodu?

Jest noc. Nie wiem czy jeszcze Francja, czy już Niemcy. Wszyscy śpią, a może mają tylko zamknięte oczy, ale jest ciemno, ciepło, jedziemy, a ja piszę. Nie chce mi się spać. To ostatnia noc, kolejna już w domu. Mamy ponad 20 tysięcy km za sobą. W domu czekają bliscy, przyjaciele i znajomi, są ciekawi naszych opowieści, tęsknią. A my? Różnie. Ci, którzy mają małe dzieci, z całą pewnością tak. Inni niepokoją się co w firmie, w pracy, bo nie było ich tak długo. Ja czuję, że skręca mnie w żołądku na samą myśl o powrocie. Dla mnie powrót do pracy po zwyczajnym urlopie jest niewiadomą. Bo często są duże zmiany, a co mam myśleć po 2 miesiącach. Denerwuję się, gdy z kraju, oczywiście w swojej wielkiej serdeczności i z troski o mnie, przychodzą SMS, że to już tylko parę dni, albo kilka godzin i będziesz w domu. Ściska mnie w żołądku. To mi skraca urlop. Nie chcę, by ta przygoda kończyła się. Więc staram się nie myśleć o powrocie, pracy itd. Cieszyć się jeszcze teraz każdą chwilą. Przedłużać ile się da. Mam zdjęcia, mam kontakty w necie na fejsie do osób, z którymi spotkałam się po drodze, którzy nie przeszli bez echa, zostawili we mnie wrażenia. Na małym skrawku tej długiej drogi, połączyło nas coś wspólnego. To nas łączy i przy kontaktach pomoże przywołać obrazy o Afryce.

Gnamy ile się da, no ile daje radę Piton, obładowany po sufit. Cały czas leje i na sikpostojach jest mi zimno. Jadę już w ciepłych trekkingowych butach i zakładam kurtkę, gdy wychodzę z auta. Ale na przykład Edzia jedzie w sandałkach. Nie pamiętam, czy o tym wspominałam, że w pierwszej połowie straciła jeden but. Lewy, czy prawy, to oczywiście nie ma znaczenia. Gdzieś w Mauretanii, albo Saharze. Jeszcze dobrze nie zorganizowaliśmy się w aucie i różne nasze rzeczy leżały w różnych miejscach. Na siedzeniach, półkach, pod fotelami albo w przejściu. But Edzi pewnie, leżąc sobie na podłodze w przejściu odłączył się od drugiego ze swojej pary i na jakimś chwilowym postoju, po ciemku został co by nie powiedzieć brutalnie wykopany z auta! Z całą pewnością!!! W związku z rozpaczą kochanej Edzi, szukaliśmy wszyscy i wszędzie i niestety nic. But był nie pierwszej młodości, ale za to sprawdzony w nie jednej trudnej chwili, nie uciskał, nie obcierał, jak partner w starym małżeństwie. Szkoda wielka, bo stało się to bardziej na początku wyprawy, niż pod koniec. A przed nami były w planie góry i inne trudy.

Więc dziewczyna wraca do Polski w sandałach (ha, ha, ale nie boso!). Szczerze? Nikt z przypadkowo mijanych ludzi nie zwraca na to uwagi. Tylko żeby jej zimno nie było. We Wrocławiu będzie miała już opiekę i wróci bezpiecznie i w cieple do domu.

Jedziemy. Jeszcze kiedy zmrok nie zapadł, mogłam podziwiać prowincję Francji. Oszczędność ma wiele plusów. Wybraliśmy lokalne drogi zamiast autostrad i to odpłaciło się widokami. Mijam piękne zagrody z kamiennymi oborami. Gdzieniegdzie widać, że czas nadszarpnął ich dawną schludność. Ale to jest urocze i nawet mogłabym powiedzieć trochę romantyczne. Mijam też małe kościółki, a może kapliczki wiejskie, często do budowy których używało się kamieni. Małe knajpki, bary i oberże. Z pewnością słynące w okolicy z prostych potraw z lokalnych produktów. Podróż samochodem ma taki plus, że można wszędzie dostać się. Zresztą nikt w to nie będzie wątpić, po przebytych drogach przez piaski pustyni.

Niemcy to dla mnie już blisko domu. Po tylu kilometrach to czuję, że to koniec wyprawy. Już trudno skupić mi się na tym co za oknem. Bo co może teraz zachwycić, poruszyć lub pobudzić emocje? Mało jest teraz takich obrazów, mało przeżyć. Niemcy schludne i czyste i daleko od Afryki. Dosłownie i w przenośni. Bo ponad 20000 km i inny poziom życia. Tu wszystko poukładane, chciałoby się powiedzieć, zaplanowane. A to co zostawiłam barwne, ale zakurzone i nieprzewidywalne.

Część z nas marzy o Polsce, a przejawia się to tym, że coś polskiego zjedliby. Dwa miesiące jesteśmy na prowizorycznym jedzeniu czyli ryżu lub makaronie z wykombinowanym sosem lub ulicznym. Nie narzekam. I ja jakoś nie tęsknię za schabowym z młodą kapustą. Nie myślę o tym. Nie śnię po nocach. Afryka nie jest kulinarna, a ten kto oczekuje uczty smakowej, rozczaruje się. Trudno przemierzać ten kontynent, kierując się specjałami regionalnej kuchni. Uliczne jedzenie, to bardzo proste jedzenie. Często smaczne, ale bez dużego wyboru. W wielkich plastikowych lub metalowych miskach sprzedaje się ryż, a obok sos orzechowy albo mięsny. Ale mięsa w nim jak na lekarstwo. Innych dodatków do ryżu nie ma. Ani kasz, ani surówek, ani innych warzyw pod żadną postacią. Według mnie powodem nie jest brak wyobraźni w odczuwaniu smaków. Rolnicy nie potrafią przechowywać nadwyżek upraw, więc w wielu miejscach napotkałam brak warzyw i małą ilośc owoców. Poza tym, Afryka to susza i bieda. Uprawy są tam, gdzie woda. Więc najczęściej małe poletka wielkości chusteczki, widać na rozlewiskach rzek. Tam wilgoć jest wystarczająca, by urosła sałata, cukinia, cebula i żałosnej wielkości pomidory. Jest ich tak mało, że nawet nie sprzedaje się na kilogramy. Pomidory układa się w stosiki po 5 sztuk. Inne warzywa podobnie.

Kiedy przekroczyliśmy granicę z Polską, chłopaki nie omieszkali skorzystać z okazji i w jednym z pierwszych barów zamówili flaki, kiełbaskę pieczoną, dziewczyny pierogi, ja hot doga. Ha, nawet Ci, którzy mieszkają w oddalonym zaledwie o 1,5 godziny Wrocławiu, nie zdołali okiełznać apetytów i ulegli pokusie. Nie wytrzymali do domowego śniadania. Ten posiłek był absolutnie spontaniczny! Zjadamy i ruszamy dalej. Raczej w refleksyjnych nastrojach, pełni wrażeń i przemyśleń. We Wrocławiu rozpakowujemy naszego Pitona, wyszukujemy powciskane w zakamarki nasze rzeczy. Przez tyle tygodni zmuszeni koniecznością zagospodarowywania każdej wolnej przestrzeni, nauczyliśmy się utykać je perfekcyjnie. Teraz trochę czasu zajmuje odszukanie ich, ba następnie zapakowanie ponownie do głównego bagażu. Maski, kufry, instrumenty muzyczne, lalki, wielkie krokodyle-gry, stołeczki, stosy biżuterii, owoce baobabu, kokosy i mój olbrzymi kapelusz zmienią teraz miejsce i zajmą wyeksponowane w naszych domach. Będą przypominać o przeżytej wspólnie przygodzie. Dla mnie o podróży życia, bo wymarzonej.

Żegnamy się. Ściskamy. Każdy biegnie do swoich bliskich. Stęskniony, by podzielić się przeżyciami. Ja też.

ALHAMBRA, GRANADA, Hiszpania

12674880_10205928132578570_808425419_o12675108_10205928127778450_854609152_o12873605_10205928127178435_601466998_o12422272_10205928131218536_1356913877_o12516867_10205928129498493_134891281_o12516928_10205928130858527_1720564892_o12722358_10205928127498443_1166226180_oALHAMBRA, GRANADA, Hiszpaniaczwartek, 11 lutego 2016

Po nocy spędzonej w deszczu na parkingu (od 3 rano do 9), burzliwym poranku, bo trzeba było losować czy zwiedzamy Alhambrę, wahaniu i wreszcie rezygnacji chłopaków, poszłyśmy z Weroniką zwiedzać. Nie powiem, że nie miałam wątpliwości, bo miałam. Wiedziałam, że przy takiej pogodzie, gdzie deszcz jak w polskim listopadzie leje się na łeb, będę przemoczona do majtek. Nie jestem w gorącej Afryce, wiec suszenie ciuchów i siebie zajmie dużo czasu. Ale jak zrezygnować jak się stoi pod bramą? Bilet nie był tani 14 Euro na cały kompleks, na ogrody 7. Wybrałyśmy tylko wersję z ogrodami, bo ciążyło nam to, że pięć osób będzie czekać na nas przez trzy godziny w aucie. Ta krótsza wersja wydawała nam się lepsza. Wyjęłyśmy kasę, a pani w kasie, nie mówiąca ani słowa po angielsku coś nam zaczęła tłumaczyć, ale wywnioskowałyśmy, że zwiedzając same ogrody mało zobaczymy, a pałaców nie ujrzymy nawet z daleka. Chciał nie chciał kupiłyśmy bilet full wypas i zaczęłyśmy zwiedzać. Czym jest Alhambra? To najlepiej zachowany muzułmański pałac w Europie. Jest po trochu pałacem-ogrodem, salonem uciech, czakramem promieniującym mocą i wyjątkowym zabytkiem. Zbudowana na wzgórzach Sabika, wygląda jak zwyczajny zamek. Ale to co najcenniejsze skrywane jest za murami i w żaden sposób nie uchyla rąbka tajemnicy. Tylko gdzieniegdzie, koronkowe wstawki ożywiają surowe mury.

Alhambra zaczęła powstawać w XIII wieku w ciągu stuleci przeistoczyła się w kompleks pałaców, haremów, dziedzińców, łaźni i apartamentów. Najważniejsze i najpiękniejsze budowle powstały za czasów panowania Jusufa I i jego Muhammada V w drugiej połowie XIV w. Zgodnie z arabskim kanonem architektura służy jako baza, na której prezentuje się wszelkie dekoracje, nie jest natomiast dekoracją samą w sobie. Wnętrze zachwyca bogactwem zdobień. Słynne na cały świat gipsowe sztukaterie dosłownie oblepiają każdy fragment ściany we wszystkich komnatach i spływają z sufitu koronkowymi girlandami. Wyglądają niczym kwieciste ogrody. Najniższe partie to barwne fajansowe płytki zwane azulejos. W nieskończoność powtarzają się te same wzory gwiazd i arabesek. Przechodząc kolejnymi komnatami, spotykamy mniej więcej na wysokości oczu, inskrypcje przypominające, że jedynym bogiem jest Allah, a Mahomet jego prorokiem. Prawdziwym cudem Alhambry jest letni pałac, skupiony wokół dwóch dziedzińców: Dziedzińca Mirtowego i Dziedzińca Lwów. Pierwszy pełnił funkcję centrum publicznego, drugi zaś był prywatnym haremem. Tu goście nie byli zapraszani. Wokół znajdują się Komnaty i sale paradne. Każde pomieszczenie jest inne, coś wyróżnia je od poprzednich.A wejścia do nich są niczym labirynt. Dziedziniec Mirtowy posiada basen, otoczony krzewami mirtu, które nadały nazwę temu miejscu. W spokojnej tafli wody, niczym lustrze odbijają się kolumny i bogate sztukaterie. To właśnie tu na dziedzińcu przyjmowano kiedyś gości. Tych oficjalnych, bo nieformalnych goszczono na Dziedzińcu Lwów. Patio otacza szereg delikatnych kolumn, nad którymi rozciąga się tak fantazyjna sztukateria, że przywołuje w wyobraźni jedwabne baldachimy. Z czterech stron, jak jak cztery rzeki raju, płyn ku środkowi cztery strumyki. Znajdują ujście w fontannie 12 lwów stojącej w centrum. Z paszczy każdego z nich wypływa woda życia. Razem tworzą 12 słońc, odpowiadającym 12 miesiącom i znakom zodiaku. Misa fontanny w oczywisty sposób jest również dwunastokątna. Dziedziniec Lwów jest otoczony czterema pięknymi salami. Wyjątkowej urody sklepienia kopuł, zachwycające bogactwem zdobień zdobią Salę Dwóch Sióstr i Salę Abencerrajes oraz Salę Królewską. Ta zaś posiada trzy alkowy, nad którymi pod sufitem rozpostarta została malowana skóra. Na niej podziwiałyśmy zakazane w kulturze islamu przedstawienia figuralne, dziesięciu dostojników pogrążonych w dyskusji, kto wie może królów z dynastii Nasrydów.

Przemierzając te wspaniałe komnaty i cudowne ogrody, trudno oprzeć się wrażeniu, że to perła architektury. To kunszt łączenia budowli, zieleni i wody. Do Alhambry woda dociera z pobliskich gór Sierra Nevada, wpływając w wydrążone w posadzkach rowki, dalej przemieszczając się do fontann. Po drodze schładzając upalne powietrze. Wraz z delikatnym szmerem, woda płynie do komnat. Harmonię architektury, zieleni i wody widać również w ogrodach Generalife, które uważane są za ideał islamskiej sztuki ogrodniczej. Alhambra robi na turystach tak ogromne wrażenie, ponieważ zrodziła się z pozbawionej ograniczeń swobody twórczej. Arabowie lubili matematykę. Widać to w geometrii budowli, ogrodach i wszelkich zdobieniach. My zostałyśmy oczarowane na zawsze.

Z samego szczytu Sabiki, można było podziwiać panoramę starej Granady. Gęste domki, wąskie uliczki, wszystko w białym kolorze. Ogrody to jedna wielka przyjemność, ale skoro miałyśmy bilety na cały kompleks, należało zobaczyć największy pałac Carlos Palace. A tu czekała nas wielka kolejka to raz, a druga przeszkoda, to to, że do pałacu mogłyśmy wejść dopiero o 11,00. Fatalnie, bo dla nas liczył się czas. W informacji turystycznej, nie chcieli nam przebookować godziny i byłyśmy z Weroniką w kłopocie. Była dopiero godzina 10, więc trzeba było na czekanie stracić godzinę. Rozważałyśmy nawet to, by wepchnąć się bokiem, tyłem lub bez kolejki. Nie dało rady. Z pomocą przyszły dwie młode Hiszpanki, które słysząc naszą rozmowę i miotanie się, zaproponowały zamianę biletów. Miały na wcześniejszą godzinę. Oddały nam swoje, a my dałyśmy im własne. Szczęśliwe mogłyśmy cieszyć się wnętrzem pałacu. Płaskorzeźby pokrywały całe ściany. Dosłownie każdy centymetr ścian i sufitu. Takiej misternej roboty nie widziałam na tak wielkiej powierzchni. Przy tym nie przytłaczały. Może dlatego, że całe wnętrze było w stonowanych kolorach, właściwie jednym piaskowym kolorze lecz wielu odcieniach. Pałac Carlosa składał się z wielu sal czy komnat, częściowo usytuowanych na powietrzu, gdzie po środku była zawsze mała fontanna lub źródełko. Wyobrażałam sobie odpoczywające nałożnice sułtana na pięknie zdobionych materacach, pośród bogatych poduch. W chłodzie i przy relaksującym szumie wody.

Generalife z pałacem i ogrodami i otaczające mury obronne obejrzałam z ogromną przyjemnością. Deszcz ustał i wracałyśmy wśród pomarańczy, granatów, kolorowych kwiatów bratków, prymulek i innych których nie znam. Wyobrażam sobie jak mistycznie musi wyglądać Alhambra nocą. Jest taka możliwość. Ale nam zabrakło czasu. Jest to jednak pomysł bym przy kolejnej wizycie w tej okolicy zajrzała tam nocą.

I dalej w drogę przez Hiszpanię. Teraz wiem, że nie przejedziemy przez Barcelonę. Bardzo chciałam zobaczyć ją choćby przez okna auta.

OSTATNIE GODZINY, Tanger, Mar

OSTATNIE GODZINY, Tanger Maroko 12699087_10205733545754021_1007795291_o12736656_10205733515273259_87424895_o12755333_10205733547394062_2027898587_o12476931_10205733547994077_1267542081_o12736866_10205733549274109_1996691088_o

Obudziła nas tęcza. Usadowiła się na niebie w całej swej okazałości. Dziś spaliśmy do oporu, bez zrywania i gonitwy. Komórki nie dzwoniły. Nie jest już tak przyjemnie, bo na północy kontynentu temperatura jest zdecydowanie niższa. 10 C, No może kilkanaście. Grzejemy tradycyjnie wodę na herbatę i kawę i podgrzewam odrobinę zupy jarzynowej z wczoraj. Ktoś chętnie zje, bo chce się ciepłego. Zimno mi. Pozostałym też. Poza tym robi się mgliście i pochmurno. Może to jest ten jeden z nielicznych pochmurnych dni w Maroku. Ale dlaczego akurat dziś? Na nasze ostatnie godziny w Afryce?! Mnie jest przykro. Po śniadaniu, niechętnie robię przegląd ciuchów w podręcznym plecaku. Wymienię te letnie na cieplejsze. Kostium kąpielowy, koszulki na ramiączka, krótkie spodnie i cieniutkie bluzeczki wędrują do głównego bagażu, wyjmuję długie spodnie i skarpetki. Chowam adidasy, a wyciągam trapery za kostkę. Będzie w Europie zimno. Ale nie mogę powstrzymać się i zostawiam cienką sukienkę na ramiączka. Trudno mi się rozstać z Afryką. Słońcem, którego dziś złośliwie zabrakło, ciepłem. Jedziemy do Tangeru i mamy kilka godzin do przodu, więc chcemy zwiedzić miasto i wydać ostatnie pieniądze. W pierwszej połowie nie było na to czasu.

A teraz doszła polska mżawka. Teraz czuję się jak w Europie, a nie chcę. TANGER przywitał nas zimnem. Trudno jeśli taka wola to ostatnie godziny spędzimy w deszczu i nieprzyjemnej pogodzie. Ostatnie Dh postanawiam wydać na owoce, oliwki i coś zjeść. Market składa się z małych uliczek, jak w innych marokańskich miastach, więc nie mam już kłopotu z opanowaniem topografii. Teraz to sezon na cytrusy, wszędzie pełno pomarańczowych pomarańczy i słodkich mandarynek. Te są najtańsze, 3Dh czyli około pół Euro. Przed nami jeszcze cała Europa, więc kupuję bo z przyjemnością zjem. Oliwki w najróżniejszych odmianach, zielone, czarne i różowe, a do tego doprawiane czosnkiem, pastą paprykową, cebulką, zieloną pietruszką i kolendrą. Kupuję trochę i cytryny kiszone na spróbowanie. Może dojadą do Polski? Ciekawie wyglądają też serki białe, polecane jak okrągłe białe torty, w koronie z zielonych liści palmowych. Arcydzieła malarskie. Kręcę się uliczkami i wyobrażam wakacje w tych zakamarkach. Był pomysł, by tuż przed promem wejść jeszcze do sauny i łaźni. Rozgrzałabym się, ale czy nie szkoda czasu, tych ostatnich godzin, które można poświęcić na rozglądanie się po mieście? Ach nie tym razem. Trafiam z dziewczynami w ukryty głęboko zakątek, gdzie lokalni jedzą smażone sardynki. Kupujemy z Edzią duży talerz na spółkę, do tego pyszny kukurydziany chleb i to jest prawdziwa uczta. Prosta i świeża. Sprzedawca szykuje nam miejsce, a my mościmy się na zapleczu kuchni. Góra małych rybek smażonych na oliwie przypomina mi te łapane przez ojca w jeziorze. Chrupiące i gorące, które jadałam w całości tak jak te dziś. Pod stołem kot czeka na ucztę.

Czas jechać do portu, ustawić się w kolejce do promu. Bilety już mamy. Udało nam się kupić po drodze do Tangeru, robiąc postój przy stacji benzynowej. Tu nikogo nie dziwi, że pośrednicy i naganiacze wyszukują klientów dużo wcześniej niż w porcie. Można skorzystać lub nie, ale może być taniej. Nam się udało. Dwie i pół godziny przez morze, w tym godzina przesunięcia w czasie i jesteśmy w Europie. Czyli tak naprawdę półtorej godziny dzieli nas od afrykańskiej przygody. Tak niewiele. Choć mając Afrykę za sobą chcę powiedzieć, że północna jej część czyli Maroko, Tunezja i Egipt to dla mnie nie Afryka, raczej Europa, cudowne miejsca wakacyjne.

Na promie wykorzystujemy czas na odpoczynek i ogarnięcie się. Ja korzystam z toalety i w cieplej wodzie myję się z grubsza. Wielka przyjemność i oczywiście praktyczność, bo na kontynencie nie nocujemy stacjonarnie ani w hotelu ani campingu ani na buszpostoju. Nie ma zmiłuj, tylko przed siebie. Po dobiciu do brzegu chce mi się bardzo cieplej herbaty, takiej z cytryną, nie wody. Gotujemy, jemy jakieś kanapki z marokańskiego chleba, ja odłożonego wcześniej naleśnika z figowym dżemem i truskawkami. Edzia identycznie. Takie luksusy można sobie zorganizować nawet podczas jazdy. A co tam, coś dla ciała i dla duszy. Za wiele czasu nie mamy, bo jedziemy zobaczyć Alhambrę. Noc na parkingu w Granadzie.

AGADIR I NIE TYLKO, Marocco

AGADIR I NIE TYLKO, Marocco 12381152_10205733513393212_604697829_o12597052_10205733500352886_439493903_o12699161_10205733512393187_1776426548_o12722491_10205733499152856_600120319_o12736656_10205733515273259_87424895_o12736757_10205733501552916_1919092105_o12736846_10205733524833498_810304802_o12736881_10205733502992952_1723637899_o12516736_10205733496992802_96348466_o

Droga wije się wstążką, tworząc malownicze serpentyny. Omija raz jedno raz drugie wzniesienie. Gdzieniegdzie widać już drzewa oliwne, kępy opuncji. Ewidentnie zmienia się krajobraz. Nie ma już domostw z kamienia i gliny, pokrytych liśćmi palmy. Za to geometryczne, prostokątne w ognistych kolorach, od ochry do wiśni tworzą przydrożne wsie. Patrząc przez okno, czasem mam wrażenie przecinanego południa Europy. Zresztą nie tylko gaje oliwne to wrażenie sprawiają. Również ludzie, czyste miasta, sklepy, restauracje i pojawiające się cukiernie potęgują to wrażenie. AGADIR błyszczy światłami i nowoczesnością. To port w południowym Marocco, nad Atlantykiem. To on przyciąga turystów swoimi pięknymi plażami. Na długości 10 km rozciągają się piaszczyste, płaskie i szerokie, gdzie woda spokojnie wpływa oraz klifowe z roztrzaskującymi się o skały falami. Do tego prawie 300 dni w roku pełnego słońca sprawia, że marzy mi się w takim miejscu emerytura. Na campingu Terre d,ocean, położonego wysoko na klifie około 50 km od Agadiru, gdzie udało nam się wczoraj znaleźć miejsca, mogłam przekonać się na własne oczy, że francuscy i niemieccy emeryci szczęśliwie odpoczywają tu zimą. Na campingu czuli się jak u siebie. Rano spacer z pieskami po bułeczki do miejscowego sklepiku. Wszędzie super czysto i wszyscy tę czystość szanowali. Miejsce to jest też mekką surferów. Fale tworzące się u podnóża klifu dają im widać doskonale warunki do uprawiania tego sportu. Podoba mi się ich społeczność. Ten luz, spontaniczność, wolność, nawet bujna wyobraźnia. Mają młodość w sercach. Uwielbiam taki stan. Większość dociera nad ocean camperami, co sprawia, że są niezależni.

Wracając jeszcze do samego Agadiru, w 1960 roku został bardzo dotkliwie zniszczony przez trzęsienie ziemi. W gruzach legł meczet i wiele budynków publicznych oraz masa prywatnych domów. W błyskawicznym tempie Agadir odbudował to co zniszczył żywioł. Włoski dekorator Coco Polizzi w 1992 roku rozpoczął odbudowę Medyny. Prace nadal trwają, a w planach przewidziane są zarówno budowle z kamienia, sztuczne jezioro i ogrody botaniczne. Obecnie Medyna zajmuje około 4,5 ha, zbudowana jest z kamienia, ziemi i drewna, pochodzących z okolicznych terenów.

Miasto to jeden z najpopularniejszych ośrodków turystycznych w Maroku, portem lotniczym, ale też ośrodkiem przemysłowym. Rozwija się tu prężnie rybołóstwo i przemysł cementowy.

wtorek, 9 lutego 2016

Jedziemy przez gaje arganowe. Drzewa bardzo podobne są do oliwkowych, również rosochate, wyglądające na stare, z drobnymi listkami, ale w odróżnieniu od oliwnych arganowe mają kolce i delikatniejsze listowie. Lubią je kozy, bo przejeżdżając zaskoczył mnie ale i rozbawił widok chmary kóz pasących się na drzewie. Kolorowe, w łatki, beżowe, czarne, białe i brązowe, stare i młode, wszystkie skakały po koronie i uwijały się w tempie, nie zaprzątając sobie główek naszą obecnością. W ostatnich latach drzewa arganowe, stały się za sprawą oleju bardzo popularne. Olej wykorzystuje się jako spożywczy oraz jest niezwykle cenny w kosmetyce. Używa się go bezpośrednio do pielęgnacji skóry i włosów oraz jako dodatek do kremów, balsamów, szamponów w przemyśle kosmetycznym. Jest drogi. Za litrową butelkę takiego do kucharzenia trzeba zapłacić 250 Dirhams. Występuje jedynie w Maroku, bo tylko tu na świecie rosną drzewa arganowe.

Naszym najbliższym celem jest ESSAOIRA, miasto cudne, położone nad oceanem. Stare miasto wita nas białą zabudową z niebieskimi ozdobnikach. Gęsta sieć wąskich uliczek, niczym korytarze prowadzi nas do dalszych zakątków. A tam przycupnęły małe sklepiki. To nic, że oferują towar stworzony pod turystów, to jednak dalej piękny. Zachwyciłam się kilimami i dywanami. W cudownych kolorach, czasem wręcz papuzich. Rozwieszone wprost na murach, tworzą wielki kontrast koloru i wzorów z szarością i chropowatością. Zaś w metalowych wiadrach wystawione były mieszanki ziół do kuchni oraz na różne dolegliwości, nawet męskie oraz naturalne krystaliczne dezodoranty. Istny festiwal towarów. Essaoira zrobiła na mnie wrażenie wakacyjnego, artystycznego miasta, w którym rządzi pełna fantazji i wyczucia piękna, bohema. Przyjeżdzają przede wszystkim Francuzi, ale też mieszkańcy innych krajów. Sprzedawcy znają też Polaków. Miasto pochodzi z XV w, zaprojektowane przez francuskiego architekta łączy styl marokański z europejskim. Dawniej była miastem na szlaku karawan z Timbuktu do Atlantyku, więc tętniła handlem i była też tyglem, w którym mieszały się plemiona arabskie i afrykańskie. Śliczne, warte polecenia wakacyjne miasto, bardzo dalekie od tych w czarnej Afryce.

Ha….. Ach ci suflerzy! Mieliśmy jechać dalej i nocować pod Assilah a tu zmiana planów jak to u nas w zwyczaju i wylądowaliśmy znów nad Atlantykiem, w ulubionym miejscu surferów i znanej nam miejscowości KENITRA. Fajnie rozbić obozowisko w swoim miejscu. I w dodatku mamy obiecane przez Piotra, że nie musimy się zrywać rano i możemy spać do oporu czyli do 7,00. Łaskawca!!! Po drodze, ale już nie pamiętam nazwy, jedliśmy lokalnie na ulicy. Gdy wjeżdża się do małych miejscowości, nie muszę wyglądać przez okno, by wiedzieć, że tak jest. Budzi mnie zapach dymu palenisk z ulicznych jadłodajni. Afrykańska kuchnia, bez względu czy jesteśmy w Maroko, Saharze, Mauretanii, Mali, Burkina Faso, Togo czy Beninie wygląda podobnie, ale smakuje inaczej w środkowej, a inaczej na północnej. Podstawą jest ryż, rzadziej makaron a do tego sos mięsny lub orzechowy, albo pieczona koza lub baranina. Północ to frytki i więcej warzyw, oliwki, środkowa rzadko serwuje warzywa. Zwyczajnie tam o warzywa trudno. Wiem o tym dobrze, bo nie raz do kolacji podczas mojego dyżuru w kuchni długo szukałam na targu kapusty, cukinii, kalafiora czy pomidorów. Tam gdzie było sucho uprawy warzyw nie udawały się. Już lepiej zaczęło się od Burkina Faso i dalej na południe. Ale tam sahara ustąpiła miejsca lepszej ziemi. Pokuszę się o takie bardzo podstawowe podsumowanie jakie owoce w danym kraju można spotkać. Mianowicie, Maroko to pomarańcze, mandarynki, banany, jabłka, wszystkie owoce, które znamy. Sahara Zachodnia podobnie, ale nie dla tego, że ma rozwinięte rolnictwo, lecz przywożone są z sąsiedniego Maroka, Mauretania to już tylko banany i pomarańcze ale raczej żółte i zielone w wyglądzie, Mali, Burkina Faso podobnie, z dodatkiem jeszcze mango, papai i awokado. W Togo i Beninie spotkamy banany w różnych gatunkach, pyszne ananasy i zielonkawe pomarańcze. Przez sprzedawców te ostatnie są oskrobywane ze skórki. Zastanawiałam się po co, bo pozostawiane są w białej osłonce, którą my usuwamy wraz z tą wierzchnią. Może lokalni mieszkańcy nie zjadają całego owocu tylko wysysają sok? Zresztą w Afryce nie kupuje się na kilogramy tylko na sztuki. Odrywa się z wiązki kilka sztuk bananów i sprzedawca mówi ile trzeba zapłacić. Pomidory, czuszkę i drobne warzywa, które przypominały zieloną paprykę, układane były na targu po 5 szt i w ten sposób sprzedawane. Taki zwyczaj. Ale myślę, że warzywa są takim rarytasem, że kupuje się je jako przysmak w małych ilościach.

PRZEZ SAHARĘ. 

PRZEZ SAHARĘ 12597097_10205733461151906_246876095_o12736870_10205733455791772_742091349_o12754948_10205733287267559_170275800_o12755240_10205733457391812_1958324055_o12597095_10205733462351936_1289077248_o12751799_10205733463511965_695008097_o10682619_10205733465552016_194525901_o12675136_10205733470952151_1132204678_o12754966_10205733466952051_1148570671_o

Jeszcze tydzień. Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę zastanawiać się co potem. Mam nadzieję, że to co kotłuje mi się po głowie, ułoży się w nowe marzenia i w nowy plan. Może na nowo pobudzi te pragnienia, które w uśpieniu czekają.

Obudził mnie ocean, ten w Saharze Zachodniej. Tu noce są rześkie i chłodne. Śpi się dobrze pod warunkiem, że człowiek opatulony jest ciepłym śpiworem. Ja mam dwa średnie i to w moim przypadku sprawdza się. Rano przyjemność sprawił mi krótki spacer brzegiem. Po tylu tygodniach, nie jest dla mnie zaskoczeniem, że plaże, czy wybrzeże są puste, bezludne. Nikt nie spaceruje, bo stąd daleko do najbliższych osad, a gdyby nawet jakieś domostwa były w pobliżu, to i tak nie lokalnym przyszłoby do głowy przechadzać się. Jestem tego pewna. Więc jeśli ktoś marzy o bezludnych plażach, niech przyjeżdża tu nad ocean. Na żwirowym piasku pełno skarbów wyrzuconych przez wodę. Nie wielkie, spektakularne okazy, bo takie wyławia się z głębi lecz drobne muszelki (dla nas jednak duże), skorupki po jeżozwierzach i krabach,kawałki skał o strukturze sera szwajcarskiego z licznymi dziurami. Ciekawie układa się tu piasek. Miejscami wygląda, jakby wierzchnia jego warstwa nagle się skurczyła, nie wytrzymała naprężenia i pękła z hukiem, zwijając się w tutki. Leżą więc sobie takie ruloniki i budzą moją ciekawość. A może duże skoki temperatury kryją się za tym zjawiskiem? Poszukam po powrocie w necie. I o płazach pustyni i krzewach. Lubię wiedzieć. Tu w piasku zdołały się zakorzenić również sukulenty. Malutkie, zielone czasem czerwone, z dużą ilością soku. Na przetrwanie w tych bezwzględnych warunkach.

Pisałam już o licznych kontrolach na drodze. To dla bezpieczeństwa, choć upierdliwe. Ale tu na takim odludziu??? Rano pojawił się z oddali żandarm z prośbą o fiszki. Budzimy ciekawość. Jeden nasz samochód i jego namiot w oddali. I nic dookoła. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Słońce pomału wstaje i zajmuje swoją pozycję na niebie. A my jedziemy wybrzeżem w kierunku stolicy. Tam coś zjemy, tajin i chcemy opuścić Saharę. Za sobą mamy prawie 600 km. Na pociechę dodam, że dobrą drogą. Dotarliśmy do LAAYOUNE tuż przed zmrokiem, także w ostatniej chwili udało nam się zjeść tajin. Z kurczakiem, ziemniakami, papryką i fajnymi przyprawami. Arabowie przygotowują wszystko w ceramicznym naczyniu, układając warstwami, produkty, często tak jak podpowiada kucharzowi wyobraźnia, a następnie ustawiają na palenisku z węgla drzewnego. Wszystko, jako danie jednogarnkowe, dusi się we własnym sosie dość długo. W trakcie, smaki i aromaty się mieszają, by na końcu zaskoczyć swym pysznym i wyśmienitym zapachem. Chłopaki pobiegli na pizzę i ciastka. I taka kolacja ich uszczęśliwiła, No widać to było po uśmiechach. Zebraliśmy się ponownie w aucie, trzeba znaleźć camping z ciepłą wodą. Każdy już tego potrzebuje. Noce teraz są chłodne i prysznic przy samochodzie, na dziko mało, że nie sprawia przyjemności, to raczej zaczyna być ekstremalnym doznaniem. 10-15 C w nocy i zimny prysznic to kiepski pomysł. Ale jeśli nie znajdziemy campingu, to nie będzie rady.

Jesteśmy zmęczeni takimi długimi odcinkami do pokonania i podczas jazdy nie gadamy ze sobą, każdy zajmuje się tym czym lubi, czytaniem, słuchaniem muzyki lub śpi. Nawet już widoki za oknem nie oczarowują nas tak jak w pierwszej połowie wyprawy. Coraz mniej jest ochów. Nie chcę mówić, że nudno jest. Absolutnie nie. Tylko w drodze powrotnej wyłapujemy atrakcje. Dużo już wiemy i dużo widzieliśmy i dużo przeżyliśmy. Wspólnie i osobno.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Ale Saharę Zach oglądam z dużym zaciekawieniem. Powód jest prosty, w pierwszej połowie, kraj przejechaliśmy nocą. To był jeden z dwóch przypadków, kiedy jechaliśmy nocą i to w dodatku tak długo. Piotr wzbraniał się przed tym, bo w Afryce niebezpieczne dla kierowcy są nie miasta, ale pustkowia i bezdroża, bo dużo kręci się zwierząt kóz, owiec i wielbłądów. Jedziemy piękną drogą, cały czas wzdłuż oceanu. Czasem tak blisko, że na kilkanaście metrów zbliżamy się do klifu. Fale walą w skały bez umiaru. Pewnie za jakiś czas ta droga zniknie, porwana przez zaborczy ocean, ale na razie daje on jeszcze podziwiać się. Gdzieniegdzie pojawiają się małe, skulone sylwetki. To wędkarze w skupieniu oczekują na zdobycz. Niektórzy mają do dyspozycji szałasy albo namioty, inni wprost ze skał. Jest coś przyjemnego w tym obrazie. Chyba ukojenie. Mijamy miejsca, gdzie woda wdarła się bardzo daleko i utworzyła małe jeziora. Na nich spotykamy flamingi. Przechadzają się w te i z powrotem by wyszukiwać ryby. Podobno ich kolor, różowy zależy od pożywienia. O intensywności barwy decyduje ilość zjadanych robaków, które swoim składem wpływają na rodzaj karmy a dalej czy ptaki są białe czy przybierają intensywny kolor różowy. Tak dzieje się w Ameryce Południowej, więc kto wie, może tu jest podobnie. Wielką przyjemność sprawiło mi spotkanie z parą psiaków. Zatrzymaliśmy się na śniadanie przy jednej z zatoczek. Nad nami górował klif. Zeszłam nieco niżej, by z bliska przyjrzeć się wspomnianym wcześniej flamingo,, może nawet zrobić zdjęcie. Fajny zakątek. Nacieszyłam oczy i wracałam do Pitona. Mam oko do zwierząt, więc z oddali spostrzegłam sylwetkę siedzącego wysoko na klifie psa. Spoglądał z zaciekawieniem w dół. Zagwizdałam. Zastrzygł uszami, ale nie od razy zbiegł. Ostrożność kazała mu zachować czujność. Przez chwilę to trwało. Wkrótce za autem usłyszałam nieśmiałe lub lekko wystraszone szczekanie. To sunia ośmielona ciekawością lub zapachem naszego śniadania, zeszła jako pierwsza na dół. Taką odwagę należy nagrodzić. Wzięłam resztki chleba i konserwę, przycupnęłam i spokojnie zachęcałem „piaskową” do odwagi. Delikatnie, z wielką rezerwą wsadziła najpierw nos do puszki, potem sięgnęła po kęs chleba. Nie cofałam ręki, nie robiłam gwałtownych ruchów i to ją uspakajało. Podkulony ogon wskazywał, że do pełnej przyjaźni potrzeba by nam było więcej czasu. Zaciekawiony tata-pies zbiegł na dół a za nim trójka podrośniętych maluchów. To ten, niczym wilk z „Tańczącego z wilkami”, który obserwował z góry całe zajście. Pogodne psisko. Rzuciłam mu tylko to co mi zostało, mały kawałek chleba. Szczeniaków nie puścił przed siebie. Wrócił na górę, na dole została tylko „piaskowa”. Odjeżdżaliśmy, dostałam na pożegnanie, a może i podziękowanie machnięcie ręką od strażników wojskowych, którzy prawdopodobnie mają psisko pod opieką. Tęsknię za moimi dziewczynami. Afryka środków to psy, których dużo, wszystkie tej samej urody, jakby jednej rasy, choć nie rasy. Pokorne, żyjące przy ludziach, nie z ludźmi. Celowo tak ujęłam, bo nikt się nimi nie przejmuje. Afryka Północna to koty, które mogą włóczyć się gdzie im się żywnie podoba. Piękne, wielobarwne. Z zaufaniem do ludzI.

Granicę z Marocco przekroczyliśmy niepostrzeżenie. Dalej drogą częściowo nad oceanem, a częściowo wijące się malowniczo wśród gór jedziemy w stronę Agadiru.

TERJIT, auberge Mauretania

TERJIT, auberge Mauretania. 12736768_10205733374509740_92683466_o12751722_10205733404470489_53540674_o12751952_10205733383269959_1463330303_o12751994_10205733447911575_28899507_o12752138_10205733375229758_1834177635_o12755430_10205733381309910_2089489662_o12699076_10205733406710545_763616161_o12699181_10205733387790072_589880056_o12722312_10205733376669794_632739914_o12736975_10205733407230558_1366478734_o12528599_10205733396030278_973263477_o. Czy istnieje raj w Afryce? Otóż tak. Po drodze między Nawakszut a Atarem, w małej zagubionej wiosce w górach. Nie wiem kto wpadł na pomysł by tam dotrzeć. W każdym razie powinien dostać medal. Dla mnie jest mistrzem świata. Oczywiście wjeżdżając zakopaliśmy się i nawet powiedziałam na głos, że może nie warto stresować się i piąć się w górę pod oberżę i potok, ale przyznaję, że gdybyśmy nie zaparli się kopytami , to byłaby to wielka strata. Moim oczom ukazała się cudowna wioseczkach, z domostwami zbudowanymi z równiutko ułożonych kamieni. Dachy kryte liśćmi palmowymi lub jakąś tkaniną, której nie udało mi się rozpoznać. Prawie wszystkie okrągłe. Wszędzie czyściutko. Schludnie. Dojechać pomagali nam mężczyźni z wioski. Niezwykle uczynni. Uśmiechnięci. Wiem, że zależało im na zarobku, ale i tak nie zmienię zdania o ich serdeczności. Dotarliśmy pod same ściany skalne, w bajeczny, palmowy ogród. W asyście dzieci, głównie dziewczynek. Małych dam, bo nie pytały nas o cukierki tylko balsam do ciała, szampon i pomadki jako podarunki. Rozbawiło mnie to. Jak zwykle za jedyne 1500 ugiji mogliśmy spać pod własnymi namiotami lub w tych cudnych domkach, na wygodnych materacach, rozłożonych na mauretańskich dywanach. Ja domek tylko. Nie było moskitów, bo i wysoko i wiatr silny. Prysznic czysty, wyłożony kaflami, toaleta z kolei białymi, umywalka na zewnątrz ozdobiona palmową szafką i prawdziwym lustrem. Obłędnie. Podobało mi się to staranie o komfort w takich trudnych i skromnych warunkach. Dbałość o szczegóły, o zadowolenie podróżnych. I nie oszukujmy się powiedzieć, bardzo nielicznych. Bo zastanawiałam sie, kto jest w stanie dotrzeć do tej oberży bez samochodu. Mało jest takich zapaleńców. Przed zachodem słońca udało nam się jeszcze zobaczyć drogę do potoku i źródła. Szliśmy za bossem ścieżką między palmami. Oczarowani. Co prawda urodził się pomysł spania nad potokiem, w wielkich namiotach gospodarzy, bo któż by nie chciał, ale nie zgodzili się. Być może nie zdążyliby przygotować posłań. Nie wiem. Szkoda, ale trudno. Rano czekało nas wiele wrażeń. Śniadanie i wyprawa w góry dla chcących, a dla pozostałych normalny odpoczynek w oazie. Dawid wyszedł wcześnie nawet bez śniadania. Ja urwałem się zaraz po nim. Poszłam przez oazę, następnie wyschniętym korytem potoku, wysoko w góry. Pomyślałam, że dobrze zrobi mi taka samotność. Nie zamierzałam iść bardzo daleko, ale widok przede mną kusił. Więc szlam zatopiona w myślach. Potem ta droga stała się wyzwaniem i intencją, którą chciałam zanieść wysoko. Wyzwanie to to, co często nie pozwala mi odpuścić. Nie daje wycofać się. Choć miałam chwile, że pomyślałam, że może wystarczy tej wspinaczki, że już prawie jestem? Bo kiedy wydawało mi się, że za tym grzbietem napewno zobaczę dolinę, pojawiła mi się ściana. Mogłam odpuścić, ale to nie byłoby uczciwe w stosunku do samej siebie. Nikt by nie wiedział, ale ja tak. Nie jestem górskim piechurem, ale wyzwania lubię. I własne cele. Schodzić było trudniej, bo w garści trzymałam iPada i podpierać mogłam się tylko jedną ręką. Wiele pięknych widoków zachowałam w pamięci i zbiorach zdjęć. I w duszy ogromną satysfakcję. W wiosce wzięłam szybki zimny prysznic. Wodę ciągnie się do oberży prosto z gór, z potoku. Czyściutka. A potem obejrzałam co gospodarze oferowali z własnych wyrobów. Na matach leżały naszyjniki, breloczki, bransoletki, szkatułki wykonane z rogów kozic górskich, których obecność zauważyłam w górach, inkrustowanych mosiądzem lub srebrem. Były też sakiewki na tytoń, drewniane miecze mauretańskie, których wizerunek jest na banknotach i kamienie. Trudno było się z nimi dogadać, bo mówią tylko po francusku, ale po długich próbach wydaje mi się, że mogły to być kawałki meteorytów lub ciekawych łupków skalnych. Mało mieliśmy pieniędzy, więc ostrożnie wybieraliśmy. Zastosowałam też handel wymienny i udało mi się zdobyć ciekawe przedmioty. Jestem już zmęczona rozdawaniem darów, zgarnęłam wszystko co miałam i zaniosłam młodemu gospodarzowi. Dałam przy tym znać gestem, że to nie „change” tylko prezent.. Wyściskaliśmy się na wszystkie strony. Polubiłam go od samego początku. Zawsze uśmiechnięty młody chłopak. Nie dał za wygraną i nalegał, bym przyjęła od niego garść pięknych skał. To dobrze, będę miałam co wspominać ilekroć na nie spojrzę. Wyjeżdżając w południe z oberży, dziwnie zaskoczył mnie brak ludzi w wiosce. Nie było dzieci, ale to akurat łatwo wytłumaczyć, mogły być w szkole, mężczyzn, no może w Atarze pilnują swoich interesów. Ale nieobecność kobiet jak wytłumaczyć? Żadna nie krzątała się przed chatą? Żadna nie szykowała strawy dla rodziny? Wszędzie było pusto. Pewnie to proza życia, jakaś ustalona codzienność i zwyczajność w tym miejscu. Jakaś mała tajemnica.

Mogłabym tu wrócić ponownie. To kolejne miejsce, w którym zostawiłam kawałek serca. Kto wie?

ATAR, CHINGUETTI , Mauretania

ATAR, CHINGUETTI, Mauretania 12528577_10205733349909125_155008458_o12722196_10205733347069054_1884898502_o12755122_10205733290187632_1409506147_o12528607_10205733352869199_778043615_o12751825_10205733351789172_442792815_o12752227_10205733350549141_873706504_o12699278_10205733354109230_1391658744_o12752260_10205733355029253_1605965281_o

ATAR, do którego zajechaliśmy to dość duże miasto w zachodniej Mauretanii, położone w oazie, na skraju Sahary, w prowincji Adrar. Tutaj koncentruje się handel. Zabudowa w stylu mauretańskim, z górującym meczetem. Jest też ważnym przystankiem w Rajdzie Paryż-Dakar. Zaopatrujemy się tu w wodę do picia i jedziemy dalej, zostawiając Atar w tyle. Zmierzamy do CHINGUETTI, (Szinkit), miasta ważnego w historii kraju. Wspięliśmy się wysoko na płaskowyż, drogą szutrową, górską i do tego pełną zakrętów. Ci z nas, którzy mają lęk wysokości, starają się nie patrzeć na pobocze, choć w zasadzie na całej swej długości droga ma barierki. Przyznaję, że miejscami urwiska są imponujące. Ja nie odczuwam lęku, bo dobrze znoszę wysokość. Problemem byłoby małe pomieszczenie, gdzie mogłoby dopaść mnie uczucie klaustrofobii. Jest ok i podziwiam skalne ściany. Droga wije się i wynosi nas wysoko do góry, by w końcu prosto jak strzała przeciąć skalistą pustynię. Mamy do Chinguetti około 80 km. Nie ma śladu żywego człowieka, nie mija nas żaden samochód. Tak przez 60 km. Zatrzymujemy się, bo Piotr chce oczyścić filtr powietrza. Nie ma co się dziwić, w końcu przez całą Afrykę kurzy pyłem albo piachem. Ostatnie kilometry też dały się we znaki. Jesteśmy oblepieni piaseczkiem, jak dzieci z placu zabaw. Mija nas toyota pick up. I wysiada z niej Mauretańczyk, który wydaje się być mocno zaniepokojony. No nie mamy napędu 4 x 4, może to go dziwi. W każdym razie chce pomóc, to miłe. Uspokajamy go, dziękujemy. Nie wiemy co nas jeszcze czeka. To nie koniec zaskakujących niespodzianek. Idzie człowiek drogą, samotnie, przez pustynię. Komuś z nas przychodzi do głowy, że może go podwieźć, obojętnie kim jest. W końcu to zaskakujące, tu na pustkowiu, na pustyni, samotny wędrowiec. Z dała od domostw i osad. Naszemu zdziwieniu nie było końca, gdy okazało się, że tym okutanym w turban człowiekiem, z plecakiem na plecach, jest biały. Biały??? Tu??? Istny przybysz z kosmosu. Stanęliśmy jak wryci, kilka zdań, pytań i wyjaśnień i już wiemy, że to Portugalczyk, który wędruje po Mauretanii, a tu na pustyni jest od trzech dni. Częstujemy go wodą. Pytamy czy nie jest głodny, czy nie potrzebuje podwózki. Dziękuje za wszystko i po zapewnieniach, że jest ok, my jedziemy dalej do Chinguetti, a on w stronę Ataru, skąd jedziemy. Ku naszej rozpaczy, nie ujechaliśmy daleko. Zaledwie po kilkuset metrach, utknęliśmy w piachu na amen. No cóż, szpadel, kratki pod koła i maty gumowe. Co pół metra, przesuwaliśmy je pod koła. Każdy miał jakieś zadanie, każdy jakieś koło do obrobienia. Obejrzałam się do tylu i zobaczyłam mały poruszający się punkcik. Nie byłam tylko pewna, czy oddalał się, czy wręcz przeciwnie zbliżał. Ale postać biegła w naszą stronę. Uparcie zbliżała się. Może to jakiś Arab, bo jakieś długie szaty majtają się koło nóg. Pomoc?. I właśnie ktoś w niebie postanowił nie zostawiać nas na środku tej pustynnej drogi. Nasz dobry Portugalczyk dostrzegł nasze kłopoty z oddali i postanowił, mimo własnych planów, pomóc nam. Biegł zmachany przez pustynię do nas!!! To dodatkowe ręce i dodatkowa siła. Pomagał odkopywać koła, pchać z tylu auto, podkładać maty i wspierał nas jak mógł najbardziej. Sytuacja naprawdę robiła się niebezpieczna. Zaczęło palić się sprzęgło. A co to oznaczało? Wielkie, olbrzymie kłopoty, o jakich myślę, że większość z nas nie zdawała sobie sprawy. Piotr zmienił taktykę. Koniec z poruszaniem się po pół metra. Tak nie damy rady. Kopiemy koleiny z przodu przed Pitonem. Do gołej, twardej skały, a potem Piotr na raz przejedzie. Odcinek jakiś około 20-30 m. Każdy i Portugalczyk też kopał czym się dało, a do dyspozycji mieliśmy jeden szpadel, pokrywki do garnków, miski metalowe, w których zwykle jemy, deskę do krojenia i ręce. Na kolanach ile pary w rękach. Żeby dodać sobie energii dziewczyny zaczęły śpiewać ” hej ho, hej ho, do pracy by się szło…..” I wkrótce, na pustynnej drodze, pojawiły się dwie głębokie koleiny. Czekaliśmy w napięciu. Sprawa poważna, bo nawet terenowy samochód żandarmerii, nie zdołał nas wyciągnąć. Odmówili. Wstrzymaliśmy oddech…..i jest, jest, jest! Uuuudało się !!!!! Piotr z warkiem wyjechał. Szczęścia było co nie miara. Żeby tylko Chinguetti było tego warte. Po takim sukcesie obowiązkowo zrobiliśmy sobie zdjęcia z naszym Portugalczykiem. I wymieniłam z nim kontakty na fejsie. Zachował moją wiarę w człowieka. Nie zapomniane chwile. Niech żyje Facebook !

Dotarliśmy do zabytkowego miasta i mimo odmiennego zdania niektórych z nas, zanocowaliśmy na campingu. Piotrowi należy się odpoczynek, nam prysznic. Kolacja żurek z ziemniaczkami i pajdą marokańskiego chleba. Ta historia napełniła nas taką energią, że jej przygotowanie zajęło nam chwilę. Kopanie na pustyni 1,5 godziny. Oby się nie powtórzyło. Teraz wypróbowuję moją nową, wypasioną moskitierę i piszę. Śpię na dachu oberży, a przez stylizowane otwory w ścianach, widzę granatowe rozgwieżdżone niebo. Jutro zwiedzanie miasta i jakieś święto mauretańskie.

piątek, 5 stycznia 2016

Chinguetti to miasto zabytkowe. W przeszłości było stolicą Mauretanii i ważnym punktem handlowym na szlaku karawan. Na zabudowę starej części miasta składają się liczące setki lat domy z gliny i kamienia. Wiele z nich pochodzi z XIII wieku. W mieście przechadzały się wąskimi uliczkami, częściowo zasypanymi kamieniami. Nad miastem góruje zabytkowy meczet i biblioteka, w której gdyby była otwarta, może udało by się zobaczyć zwoje z tekstami Koranu z późnego średniowiecza. Piękne drzwi były zamknięte na kłódkę. W wędrówce po mieście towarzysza nam miejscowe kobiety. Są nas ciekawe, ale też chcą ubić interes. Noszą w koszach i torbach liczne wisiorki, bransolety, różne wyroby skórzane, zrobione wg sztuki mauretańskiej. Jednak nie mają nic co by mnie zachwyciło. To proste koraliki. Ciągną się za nami długo i stają się męczące. Nagabują i zatrzymują na drodze. Nawet stosują pewien fortel, mianowicie chcą mieć zrobione zdjęcie, ale za pieniądze. No cóż starają się jak mogą by wyszarpnąć kawałek grosza. Wg nich biali turyści są po to by płacić. Mamy już ciut wiedzy i nie jest łatwo nas omamić każdą rzeczą. Miasto otoczone jest przez wydmy płaskowyżu Adrar. Piękne. Ze względu na unikatowe piękno, miasto zostało wciągnięte na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Acha żadnego święta nie było, albo tutejsi tak cichutko je świętują, że tego nie zauważyłam.

W południe wyjeżdżamy, a ponieważ wracamy tę samą drogą, denerwujemy się i Piotr też czy ponownie nie zakopiemy się. Mamy na myśli dwa sposoby. Albo zjedziemy całkowicie z drogi i twardą nawierzchnią jedziemy omijając nawiany piach, albo Piotr rozpędza się pustym samochodem, dojeżdża dokąd auto nie stanie, a potem my przed nim kopiemy mu koleiny, aż do twardego gruntu. Wahamy sie, ale wybieramy 2-gą opcję z zamkniętymi oczami. Ja wolę kopać, bo boję się, źe jadąc bokiem, nawet w dużym oddaleniu od szosy nie będziemy mogli ponownie wjechać na twardą drogę. Jedziemy, Piotr rozpędza się i staje. Co kto ma chwyta i szybko kopiemy. Mamy trochę mniej niż wczoraj, trochę krócej. I „doświadczenie i wprawę „. Wczoraj 1,5 godz dziś tylko 30 min. Hura ! Dalej nie ma już nawianego piasku. Piotr pozwala nam dziewczynom prowadzić auto. Ja następnie cześć drogi spędzam na dachu. To jest dopiero czaderska jazda. Nie ma sobie równych. To jest safari przez pustynię !!! Obłęd!

Plany były takie by z Ataru jechać w kierunku Sahary Zachodniej kolejną drogą przez pustynię, do Nouádhibou, (Nawazibu), ale lokalni odradzają. To jakieś 500 km. Trzeba mieć bezwzględnie napęd 4 x 4. Nie damy rady, nikt się tego nie spodziewał. Musimy nadrobić sporo drogi ( około 850 km) i cofnąć się do stolicy, a potem dopiero do Nouádhibou. I tak to jest podczas tej wyprawy. Plan żyje własnym życiem, a my uczymy się pokory. Tyle kilometrów do nadrobienia, więc jedziemy do oporu. Jak zazwyczaj. Żeby było szybciej, decyzja jest taka by podczas jazdy gotować kolację. Dziś nasz dyżur z Edzią. Chłopaki wiedzą, że nie będzie fuszerki. Czy ktoś gotował ryż w szybkowarze? Ja nie. No gołąbki, zrazy wołowe, buraki, tak, ale ryżu nie. Może nie będziemy pierwszymi w Księdze Guinessa, ale w Afryce na pewno. Próbujemy, ryż, woda, kostka rosołowa i 10 min od zagotowania. Potem niech stoi w zamkniętym garnku do wieczora. Otwieramy i czeka fantastyczna niespodzianka. Udało się wyśmienicie! Szybkowar sprawdza się w niecodziennych warunkach. Do tego klopsiki w sosie mięsno- pomidorowym. Przepisu na sos nie będę zdradzać. Smakowało i niech tak zostanie. Rozbiliśmy się przy wieży antenowej i ktoś krzyknął, czy będzie w związku z tym wi-fi. Ha ha nie było.

ZIARENKO PIASKU W KLEPSYDRZE

12751753_10205733289827623_1727448203_o12755280_10205733348509090_67369042_o12755287_10205733287867574_655727466_o12674980_10205733291587667_1967514824_o12722702_10205733290667644_435317236_o12737004_10205733292187682_1639023999_o12722298_10205733286107530_373511745_o12754948_10205733287267559_170275800_oZIARENKO PIASKU W KLEPSYDRZE Jedziemy przez pustynię do Ataru. Nie wiedziałam, że pustynia ma tyle twarzy, kształtów i kolorów. Tyle form, od płaskiej po horyzont do skalistej do nieba. Sahara Zachodnia to jasny, drobny piasek, czasem skrywający muszelki. Miejscami jest ich tyle co nad morzem. Nie jestem pewna jak to się stało. Czy tu dawniej był ocean, czy nieznośny wiatr pustyni przywiał je znad wybrzeża? Wszędobylskie. W Mauretanii wykorzystuje się je w budownictwie. Zauważyć je można w płytach betonowych, a nawet w asfalcie na drodze. Taka ciekawostka. Jest też pustynia o piasku tak jasnym, że miałam wrażenie że stopy stawiam w cemencie. To kawałki wapiennych skał, roztartych na miał i rozpalonych przez wiatr. Absolutnie biała. Pustynia jest sypka od piasku, grząska lub równa i twarda niczym betonowa nawierzchnia. Nic na niej nie rośnie. Po takiej można bez trudu pędzić autem i czasem widać odciśnięte ślady kół. Jest też piaszczysta, z nadmuchanymi wydmami, których ostre krawędzie załamują światło. Biała, złota lub pomarańczowa. Najczęściej takiej pustyni obraz przechowujemy w wyobraźni. W piasku zdarza się roślinność, uboga ale pojawia się pod postacią traw czasem akacji.

Jest też pustynia, która zaskakuje gorącym, ognistym kolorem. Żarzący się pomarańcz. Wydaje się, że jej temperatura podnosi się od samej tylko barwy. Jej piasek zawiera startą na pył skalę. Taką spotkałam w okolicy Ataru.

I kamienista. Twarda, groźna, ostra. Nie ma roślin tylko kamienie lub bloki skalne. Gdy silny wiatr tarmosi je, układa z nich formacje niczym kamienne rzeźby. Jej barwa zależy od pochodzenia skał. Najczęściej w kolorze ognistej ochry ale może być grafitowa a nawet czarna. W słońcu zmienia barwę za sprawą lśniących skał. Piaszczysta lub skalna, biała, złota lub grafitowa. Każda kryje w sobie wolność. Niczym nie ograniczoną przestrzeń. Dająca życie i zapewne odbierająca je. Silna, bezwzględna, ucząca pokory. Dla mnie często niezrozumiała.

ZASKAKUJĄCE SPOTKANIA, Mauretania

ZASKAKUJĄCE SPOTKANIA, Mauretania wtorek, 2 lutego 2016. Jedni podróżują w grupie, inni samotnie. My zebraliśmy się jako przypadkowe osoby, wcześniej nie znające się. Zobaczyliśmy się pierwszy raz w Pitonie we Wrocławiu. Trudno wydawać opinię i wyrokować, czy to dobry sposób na podróże, czy nie. Z całą pewnością ciekawy. Wiele osób nie ma wśród bliskich, przyjaciół czy znajomych takich, którzy w tym samym czasie co my mają ochotę wybrać się gdzieś w świat lub nie mogą albo brak im możliwości. Są też tacy, których nie interesuje ten kierunek, który nam śni się po nocach. Zostają w domu. Ale są też tacy, którzy podróżują samotnie. Ja wolę z kimś, bo lubię dzielić się wrażeniami na bieżąco. Takiego samotnika spotkaliśmy w „Saharze”, oberży w Nauakchott. Paweł podróżuje samotnie motocyklem. Kiedy go spotkałam w drodze był od ponad roku. Z przerwą. Zaczął wyprawę od Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej i Gwinei. Zazdroszczę mu parku narodowego Bandia w Senegalu. Kieruje się na północ. Jego podróż nie przebiegała sielankowo. Po drodze, w zasadzie na początku podróży, uległ wypadkowi. Poturbowanego zawieziono do senegalskiego szpitala. Myślę, że wiele osób byłoby przerażonych. Z jednej strony obolały, z połamaną ręką i wieloma obrażeniami, pewnie oczekiwał, by ktoś zatroszczył się rzetelnie o jego leczenie, z drugiej zaś pilnował by wszystkie badania i prześwietlenia wykonane były należycie. Za wszystko płacił sam, bo jak pisałam w „ciekawostkach” nie ma darmowej opieki w Afryce. Podziwiam odwagę. W ostatecznym rozrachunku w afrykańskim szpitalu przeleżał 5 tygodni, zanim zdecydował się wrócić do Polski na operację. Miesiące na rehabilitację przesiedział w kraju. I kiedy wylizał wszystkie rany, na nowo powrócił na trasę. Wystartował na początku grudnia 2015, trochę wcześniej niż my. Paweł to ciekawa, czasem wręcz intrygująca postać. Kiedyś związany rodziną, dobrą pracą postanowił coś w swoim życiu zmienić. Zebrał oszczędności i podjął decyzję o podróży dookoła świata. Przygotowania trwały dwa lata. Nie ma sponsorów, za jego wyjazdem nie stoją żadne firmy. To jego osobisty wyjazd. Swoje etapy planuje tak jak podpowiada mu intuicja lub napotkani ludzie. Bo Paweł dużo rozmawia i nawiązuje znajomości. Z jego twarzy bije otwartość i optymizm. Może ten ostatni otwiera mu wiele furtek. Nie ma określonego celu, zaliczenia setek zabytków. Choć nie widzę niczego złego w zapoznawania się z historią miejsc, które się odwiedza. Ja mam wrażenie, że podróżuje, bo chce czuć się na swój sposób wolny. Mnie zauroczył. Prowadzi pokaźny dziennik podróży, w którym notuje to co dla niego ważne, daty, miejsca, wrażenia. Może, by jako stary, wesoły staruszek, móc się uśmiechnąć do swoich wspomnień. Życz Ci tego Pawle!!! To bardzo mi bliskie. Poza tym Paweł pisze muzykę i słowa i z innymi muzykami wydaje płyty. Jedną z nich podarował Arkowi. Przegram. Siedzieliśmy w kilka osób z Pawłem, do późna w nocy. Dobrze zrobiło mi spotkanie z nim. Po tylu tygodniach podróży w ścisłym gronie, nawet nie spodziewałam się, jak bardzo potrzebuję świeżej krwi. Po dzisiejszym (środa) śniadaniu, zrobiliśmy sobie wspólną fotkę i pożyczyliśmy udanej, bezpiecznej podróży. Jedziemy my i Paweł w tym samym kierunku, do Maroka. Jednak ciut odmienną trasą. My przez Atar, pustynne miasto. Może spotkamy się jeszcze gdzieś na szlaku. Potem my przez Hiszpanię i Francję do Polski, Paweł zamierza przerzucić swoje enduro do Ameryki Południowej, potem do Japonii, a potem…….już nie wiem. Szczęśliwej drogi, dzięki za spotkanie.